NewsNOWY TOMYŚL

Strażak na emeryturze: gdy widzę wóz, serce zaczyna mocniej bić, a i łezka w oku się zakręci…9 min na czytanie

News - Strażak na emeryturze: gdy widzę wóz, serce zaczyna mocniej bić, a i łezka w oku się zakręci… - myregion

Na razie czuje się jak na przedłużonych wakacjach, a na widok wozu strażackiego serce bije mu mocniej. Nudzić się jednak nie zamierza. Żyje aktywnie, ma liczne pasje, które chętnie dzieli z żoną i dziećmi, i chce mieć psa. Z Andrzejem Łacińskim (59 l.) – od dwóch miesięcy emerytowanym już dowódcą Jednostki Ratowniczo – Gaśniczej w Nowym Tomyślu rozmawia Elwira Iżycka.

Zacznijmy od tego, co mnie najbardziej zaskoczyło. Dorosły mężczyzna, który zbiera resoraki to chyba nieczęste hobby?

Zawsze tłumaczę, że to nie są resoraki, tylko modele kolekcjonerskie. Znajomi i przyjaciele bardzo często mnie o nie pytają. Model kolekcjonerski wystawia się w gablocie i nie służy do zabawy. To eksponat, który od zabawki różni się też oczywiście ceną (śmiech). To wierne repliki autentycznych samochodów rajdowych, które kiedyś startowały w rajdach. Każda jest opisana. Wiemy jaki kierowca prowadził ten samochód, z jakim pilotem, w którym rajdzie, w którym roku… To historia motorsportu.

A nie korciło pana, żeby zbierać modele wozów strażackich?

Kiedyś jedno z wydawnictw wydawało takie modele, ale to mój kolega ze służby zaczął je kolekcjonować. A że nigdy nie miał czasu, żeby je kupić, to ja zajmowałem się pozyskiwaniem ich dla niego. Stały nawet przez chwilę u kolegi w biurze, w przeszklonej gablocie do czasu przeniesienia, awansu do innej jednostki. (śmiech) Wydawałoby się, że każdy strażak powinien kolekcjonować modele strażackie, ale ja miałem prawdziwe samochody na co dzień, a modele samochodów rajdowych są wyjątkowe. Niektórzy kolekcjonerzy nazywają je „kolorowymi pisankami”, bo dany model samochodu może być zauważony na ulicy i nie wzbudzi większego zainteresowania, ale model rajdowy, jak jest ładnie stuningowany, pomalowany, z reklamami… Wzrok każdego na nim spocznie!

To ile aut liczy pańska kolekcja?

Właśnie przyszły dwa kolejne, więc razem z nimi mam 232 modele.

Pewnie wymaga to sporo miejsca?

To są modele w skali 1:43, więc nie są to duże miniatury. Mam na nie specjalne regały w salonie i tam je eksponuję. Zajmują jedną ścianę i każdy kto przyjedzie – znajomy, przyjaciel, może je obejrzeć. Nie chowam ich w szufladzie.

A od kiedy je pan zbiera i skąd w ogóle taka pasja?

Pierwsze kupiłem w 2006 r. dla syna, ale okazało się, że modele statyczne na półce nie dają wiele satysfakcji młodemu człowiekowi i po szóstym syn się troszeczkę zniechęcił. (uśmiecha się) Wolał samochody, które jeździły i wybrał zawody w drifcie samochodowym samochodami sterowanymi radiem. Zajmuje się tym już ponad 12 lat i uczestniczy w zawodach rangi Mistrzostw Polski. Najpierw przez wiele lat razem z tatą, bo przecież nie miał prawa jazdy i sam nie mógł pojechać. Jeździliśmy po całej Polsce i przy okazji zwiedziliśmy mnóstwo ciekawych miejsc. Dziś syn jest absolwentem Politechniki Poznańskiej. W tym roku uzyskał tytuł magistra inżyniera, a pisał prace inżynierską i magisterską właśnie na tematy powiązane z modelarstwem samochodowym. Obie wywołały duże zainteresowanie.

Czyli jednak wasze pasje się zbyt daleko nie rozeszły…

Dokładnie. Tworzymy dobry team. Ja mam swoje modele stacjonarne, on się specjalizuje w samochodach sterowanych radiem i drifcie, i tu się muszę pochwalić, że w tym roku w Atlas Arenie w Łodzi zdobył w takich zawodach III miejsce! To jego największe, jak dotąd, osiągnięcie.

Pan też prezentuje swoją kolekcję?

Tak. Od 16 lat jeżdżę na Targi Hobby w Poznaniu, które odbywają się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, a od sześciu lat jestem także wystawcą. Tegoroczna edycja odbyła się w pierwszy weekend września. Razem z kolegą Krzysztofem Skarbińskim wystawialiśmy tam swoje modele. Zaraziłem go tą pasją trzy lata temu tworzymy teraz taki duet nowotomyski. (uśmiech)

A pamięta pan ten pierwszy model?

Pewnie. To było mitsubishi lancer, pierwszy kupiony synowi. 

Większe modele też pan kolekcjonuje? Czym pan jeździ?

(śmiech) Mazdą… Ale zbieram tylko pojazdy w skali 1:43. Kolega Krzysztof pasjonuje się modelami troszeczkę większymi, takimi w skali 1:18.

A jeździł pan kiedyś takim autem rajdowym?

Nie. Nigdy nie miałem okazji jechać prawdziwym wyścigowym bolidem, aczkolwiek miałem okazję przejechać się z synem samochodem subaru impreza, który jest dla mnie najlepszym samochodem rajdowym. Wprawdzie był to samochód cywilny, ale przystosowany do motorsportu. Jego właściciel startował kiedyś w rajdach. To było przeżycie. Subaru impreza to auto kultowe o specyficznym dźwięku silnika i ta przejażdżka dostarczyła nam naprawdę wielu fantastycznych wrażeń i emocji.

I nie marzy się panu taki w garażu?

Taki samochód w skali 1:1 to ogromne pieniądze. Może, jak kiedyś uda mi się takie wygrać, to sobie zafunduję taki pojazd rajdowy z wyższej półki. Może wtedy uda mi się zrealizować marzenia. (śmiech)

Ale jako strażak, chyba najwyżej ceni pan bezpieczeństwo?

Bezpieczeństwo to podstawa. Przez 40 lat służby w straży pożarnej wielokrotnie jeździłem na sygnale do różnego rodzaju akcji, ale nigdy brawura nie brała góry. Za dużo widziałem ludzkich tragedii na drogach i dlatego wszystkim zawsze powtarzam, jak ważny jest rozsądek za kierownicą.

40 lat! Brakuje panu munduru i pracy?

Tak. Te lata spowodowały, że człowiek się zaraził tym, co robił. Miesiąc temu byłem w Trójmieście i stałem na przejściu dla pieszych, gdy zza rogu wyjechały trzy wozy na sygnale. Serce zaczęło mi tak mocno bić… A innego dnia wyszedłem na balkon pensjonatu, w którym mieszkałem i zobaczyłem, pod sąsiednim hotelem samochód pożarniczy. I tak, jak pomyślałem, strażacy przyjechali na kontrolę przeciwpożarową… I choć kontrole nie należą do przyjemności, to łza mi się w oku zakręciła. Akcje interwencyjne w ciągu tych ostatnich dwudziestu paru lat, gdy byłem dowódcą JRG, to było coś wyjątkowego. Mieszkając 400 m od siedziby komendy, przez otwarte okno słyszę każdy wyjazd naszych nowotomyskich strażaków do akcji i serce zaczyna szybciej bić. Z tego nie można się wyleczyć i tak po prostu skończyć służbę. Ale mam dobry kontakt z moimi kolegami i w każdej chwili mogę ich tam odwiedzić. Aczkolwiek strażaków mających 40 lat służby chyba już nie ma. Sam miałem przejść na emeryturę już kilka lat temu, ale zawsze dałem się namówić, żeby jeszcze zostać. Teraz powiedziałem, że już dość. Nie ma co ukrywać, że to bardzo stresogenna i obciążająca psychicznie i emocjonalnie praca, i sam poczułem, że przyszedł już czas na odpoczynek.

Wielu małych chłopców o tym marzy, a czy pan chciał być strażakiem?

To był przypadek. Nigdy w rodzinie nie miałem strażaka. W Gnieźnie, z którego pochodzę, miałem sąsiada, który ukończył Szkołę Chorążych Pożarnictwa w Poznaniu i mówił: „Andrzej, spróbuj! To dobry zawód, fajna pasja, przygoda!”. I tak w 1980 r. udało mi się tam dostać, a dwa lata później, ku mojemu niezadowoleniu, bo chciałem dostać przydział do jednostki w Gnieźnie, trafiłem do Nowego Tomyśla. Przez kilka lat ubiegałem się o przeniesienie, ale później poznałem swoją miłość – żonę Małgosię i zostałem tu do dzisiaj… 38 lat! Dzięki żonie, która zrezygnowała z kariery zawodowej i poświęciła się dzieciom, mamy dwoje wspaniałych dzieci, czyli syna Marcina, o którym już wspominałem i córę Karolinę, która ukończyła filologię germańską. Z obojga jesteśmy bardzo dumni. 

Z synem dzieli pan pasję motoryzacyjną, a z córką?

Zamiłowanie do psów. Karolina jest właścicielką dwóch psiaków rasy shiba inu, które właśnie do mnie przyjechały i się nimi opiekuję, podczas gdy córka z zięciem wypoczywają w górach.

A pan ma swojego psa?

Jeszcze nie, ale myślę, że będę miał.

Jakąś konkretną rasę?

Kundelka ze schroniska.

Wiem, że ma pan także zamiłowanie do podróży…

Pasję turystyczną jeszcze w dzieciństwie wpoili mi rodzice. Poprzez obozy letnie, harcerstwo, żeglarstwo… Przez całe liceum jeździłem na obozy żeglarskie nad Jezioro Powidzkie, a kiedy już założyłem rodzinę, to nie było roku, żebyśmy nie jeździli i nie zwiedzali najróżniejszych zakątków Polski. Mamy w kraju naprawdę wiele ciekawych miejsc.

Jakie są te pana ulubione?

Ustronie Morskie – mała miejscowość położona 16 km od Kołobrzegu. Jeżdżę tam od 26 lat. To idealne miejsce do leniuchowania i regeneracji sił przed drugim tygodniem, kiedy to już uprawiamy prawdziwą turystykę. Zwiedzamy różne miejsca: Mazury, Ziemię Kielecką, Małopolskę, uwielbiamy Kotlinę Kłodzką…

Skoro pan lubi góry, to pewnie jest pan też amatorem piosenek turystycznych?

Turystycznych – górskich, to akurat nie… Kiedyś byłem amatorem szant, ale to było kilkadziesiąt lat temu. (śmiech) Żeglarstwo było moją wielką pasją. Przez kilkanaście lat startowałem w regatach. Nawet z jakimiś sukcesami! Co prawda były to zawody regionalne na Jeziorze Powidzkim, ale wygrałem raz także zawody długodystansowe, 24-godzinne o puchar komandora Kiślaka. Był taki człowiek, który zarządzał Klubem Mostostal Słupca nad Jeziorem Powidzkim w Kosewie. Przez 24 godziny non stop ścigaliśmy się po jeziorze. Startowały wtedy 32 załogi i to był dla mnie ogromny sukces.

Kiedyś szanty, a teraz?

A teraz absolutnym numerem 1. jest Queen. Lubię też AC/DC, Metallicę, Aerosmith… Nie sposób wymienić wszystkich, ale lubię zdecydowane brzmienia i mam sporą płytotekę. Niedawno też, przy okazji remontu okazało się, że moje kino domowe nie pasuje już wystroju wnętrza i zostało zamienione na nowy soundbar…

Krótko mówiąc, nudzić się pan na emeryturze nie będzie!

Na pewno nie! (śmiech) Jestem osobą wyjątkowo aktywną. Poza tym wszystkim, o czym już mówiliśmy, jestem też członkiem, a zarazem skarbnikiem i kapitanem drużyny koszykarskiej. Nie ma co kryć, takich oldboyów. Nasz najstarszy zawodnik ma 74 lata! Ale w każdy poniedziałek, od 26 lat, spotykamy się na parkiecie, a latem na Orliku i gramy w kosza. I to jest coś niebywałego! Po prostu szok! (śmiech)

Wyjątkowo pozytywny szok! Dziękuję za rozmowę.

FOTO: ADAM POLAŃSKI

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w News