EXTRA

Ratownicy medyczni na skraju wytrzymałości. „Usłyszałam, że jestem szmatą, a moje koleżanki to k…”3 min na czytanie

EXTRA - Ratownicy medyczni na skraju wytrzymałości. „Usłyszałam, że jestem szmatą, a moje koleżanki to k…” - myregion

Skrajny przypadek to ten, kiedy naćpany mieszkaniec Wolsztyna kopnął ratownika i zrzucił ze schodów. Do powszechnych sytuacji należą te, kiedy pijani ludzie wpadają na SOR jak do siebie i żądają natychmiastowej pomocy. Jedna z takich akcji skończyła się wizytą policji, a delikwent skończył na izbie wytrzeźwień. 

– Tak naprawdę nie ma tygodnia, aby policja u nas nie interweniowała – przyznaje Tomasz Piela, koordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Wolsztynie. Opowiada, że pacjenci pod wpływem alkoholu to codzienność, a często zdarzają się osoby upojone toksycznie bądź takie, które już zrobiły sobie krzywdę. – Tacy pacjenci są niespokojni i agresywni, a bywa też, że grożą personelowi i próbują uderzyć – mówi Piela. Zdradza, że ze względu na dużą powszechność agresji bądź niestosownych zachowań, personel nie zgłasza zbyt często takich sytuacji. – Są przekazywane z ust do ust, nie prowadzimy statystyk – przyznaje koordynator. 

W ostatnich latach chamstwo na oddziałach ratunkowych przybiera na sile. Jak wyjaśnia Piela, ma na to wpływ łatwiejszy niż kiedyś dostęp do alkoholu, ale i narkotyków. Zwłaszcza wśród ludzi młodych. Jedna z pielęgniarek z ponad 20-letnim stażem pracy mówi nam, że miesięcznie nawet 40 proc. pacjentów to osoby pijane, za nic mające personel i władające niezwykle sprawnie językiem polskim, zwłaszcza wyrażeniami powszechnie uważanymi za wulgarne. – Nie raz usłyszałam, że jestem szmatą, a moje koleżanki to kurwy – opowiada 59-letnia kobieta mówiąc, że takich delikwentów trudno sprowadzić na ziemię, a czasem nawet i pasy bezpieczeństwa nie pomagają. 

– A rękoczyny? Chwytanie za rękę, odpychanie, plucie, a zdarza się nawet, że wylewanie na ziemię własnych odchodów – wymienia pielęgniarka wyraźnie nie wzruszona już tym, czego codziennie doświadcza. – To pokazuje, jacy są ludzie, a przynajmniej obrazuje, że pomoc dobrego psychiatry wielu by się przydała – zauważa. Na to, że będzie lepiej, już nie liczy. – Misja, służba innym, pomoc chorym? To puste slogany. Po 30 latach pracy robię to, bo muszę. Wielu ludzi trafia do szpitala na własne życzenie. Mogliby okazać choć trochę szacunku, a tymczasem coraz więcej jest tych, którym się wydaje, że wolno im wszystko – macha ręką. 

Epidemia koronawirusa nie sprzyja temu, jak postrzega się służbę zdrowia. Waldemar Micewski, kiedy pełnił funkcję zastępcy dyrektora ds. lecznictwa w wolsztyńskim szpitalu mówił nam, że zgłaszające się osoby są teraz przesadnie niecierpliwe i oczekują natychmiastowej pomocy. – Nie stosują się do zalecanych procedur związanych z epidemią, a przy tym często są agresywne i chamskie, co wynika z ilości spożytego alkoholu. Miecewski wyjaśniał, że najbardziej zagrożoną grupą pracowników szpitala są zespoły ratownictwa medycznego i przytaczał historię z listopada ubiegłego roku. 

Kierowca karetki pogotowia trafił do szpitala po tym, jak pacjent po wpływem narkotyków kopnął go w pierś i zrzucił ze schodów. – Dla ratownika skończyło się to długim zwolnieniem lekarskim i ogromnym lękiem przed dalszą pracą w ratownictwie – mówił Waldemar Micewski. Tymczasem asp. sztab. Wojciech Adamczyk z wolsztyńskiej policji przyznaje, że funkcjonariusze nie mają dużo zgłoszeń z wolsztyńskiego szpitala. Oznacza to, że personel na własną rękę radzi sobie z pijanymi. Wyjątkiem jest sytuacja sprzed kilku miesięcy, kiedy awanturującego się pijanego mężczyznę trzeba było zatrzymać. Ze szpitala trafił wprost na izbę wytrzeźwień w Raculi. 

ŁR

FOTO: Obraz Andrzej Rembowski z Pixabay

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w EXTRA