EXTRANews

Pół wieku spędził na strychu, a kolejne 30 lat w kościele pod schodami, czyli wielka tajemnica św. Józefa4 min na czytanie

EXTRA - Pół wieku spędził na strychu, a kolejne 30 lat w kościele pod schodami, czyli wielka tajemnica św. Józefa - myregion

– Myślę, że pochodzi z drugiej połowy XIX w. i nie jest to tani gipsowy odlew. Jego fundator musiał być człowiekiem majętnym, ale zapewne nigdy już nie dowiemy się kim był i w jakiej intencji ufundował figurę – podkreśla wolsztyński mistrz snycerski, który podjął się renowacji figury św. Józefa z Tłok. Nie chce, by pisać o nim z nazwiska, bo jak podkreśla – nie on, ale św. Józef jest ważny.

– Figura jest nie byle jaka – mówi rzemieślnik – artysta, który dał świętemu drugie życie. Została wykonana z terakoty, a na szczególną uwagę zasługuje jej jakość. O tym, że powstała w pracowni wysokiej klasy świadczą subtelne rysy twarzy świętego, precyzja wykonania detali takich, jak włosy i paznokcie czy gęste i fantazyjne drapowanie szat. – W środku jest pusta, co oznacza, że została odlana, a następnie dopracowana ręcznie przez artystę, który nadał jej ostateczny wygląd. – Był wypalany w piecu, a potem jeszcze raz malowany na ceglasty kolor, na wzór terakoty włoskiej – opowiada. Prace konserwatorskie ujawniły na niej jednak ślady kolorowej farby. To znaczy, że gdy Józef stał na polanie przy szlaku, w miejscu, gdzie przewoźnicy poili konie i odpoczywali, miał szafirową tunikę, i najprawdopodobniej zgodny z ikonografią, brązowy płaszcz. Kto i kiedy go pomalował? Nie wiadomo. Po 80 latach kolor zachował się także na malowanych oczach, które tak jak i u Dzieciątka Jezus były niebieskie, ale nasz rozmówca jest przekonany, że figura opuściła pracownię, w której powstała właśnie taka, jaką odtworzył.

Zdjęcie zniszczonej polichromii, rekonstrukcja brakujących elementów, wypełnienie ubytków trwały rok. Józef nie miał prawej dłoni, a nad prawym kolanem zionęła wybita na wylot dziura. Nie miał prawej stopy, a nad nią sporej części utrąconych podczas upadku tuniki i płaszcza. Brakowało też lewej stopy świętego, a Dzieciątko miało utrąconą stópkę i trzy paluszki prawej rączki, którą unosi w geście błogosławieństwa. Brak też dolnej części wraz z podstawą, na której najprawdopodobniej znajdowała się sygnatura pracowni. Dlatego dziś trudno będzie ustalić jej pochodzenie, chyba że jakimś cudem znajdzie się gdzieś drugą taką samą i kompletną, co wydaje się bardzo trudne, a może i niemożliwe. Jaki atrybut dzierżył św. Józef z Tłok? Do czasu, gdy jego losem znów ktoś się zainteresował, nie dożył nikt, kto pamiętałby figurę stojącą na polanie. Mógł trzymać lilię, winorośl, narzędzia ciesielskie albo bukłak lub laskę. Podpowiedzią byłaby dłoń, której nie ma, ale już z ułożenia ramienia i pierwotnej lokalizacji figury można wysnuć, że był to atrybut wędrowca i tak został odtworzony. Z laską miedzianą ozdobioną kwiatami lilii. W obecnym stanie św. Józef może stać zarówno w kościele, jak i na zewnątrz. Tą samą techniką odnowiona została już ponad dekadę temu figura Matki Boskiej stojąca na Placu Kościuszki w Wolsztynie.

Jak mówi nasz rozmówca, święty z dzieciątkiem stał na murowanym postumencie, który miał wysokość co najmniej półtora metra. Wskazuje na to kąt, pod którym patrzy w dół oraz relacje świadków. Sponsor zna je z opowieści swojego ojca. – Wspominał, że gdy jako 9-letni chłopiec przejeżdżał z ojcem obok tego miejsca, gdzie stała figura, polanę dawno już porastał las. Ale zauważył cegły i to go zdziwiło. Wtedy ojciec opowiedział mu historię o tym, jak na początku wojny Niemcy zrzucili Józefa z postumentu, a nazajutrz przyjechali go zabrać. Figury już jednak na planie nie było… – Miejscowi strasznie ryzykowali. To była okupacja i za coś takiego był obóz albo śmierć, ale po zmierzchu przyjechali wozem, zabrali figurę i ukryli. Niemcy byli wściekli. Szukali świętego podobno przez tydzień, ale nie znaleźli – opowiadał ojciec sponsora renowacji. 

Mieszkańcy ukryli Józefa na wspólnym strychu w czworakach, gdzie przetrwał do końca wojny, ale potem w socjalistycznej Polsce, pod wpływami Sowietów, też nie było dla niego sprzyjającego klimatu. Świętym bardzo interesował się po wojnie nawet Urząd Bezpieczeństwa, ale ubecy też go nie znaleźli. Z czasem nikt już się figurą nie interesował, a święty leżał na strychu, aż w latach 90. wybudowany został nowy kościół. – Jak zaczęli budować kościółek, pani Maria Malicka, która brała udział w jego ukryciu, a potem przez cały czas go przechowywała przyszła do tego człowieka, który zasponsorował jego odnowienie i powiedziała o św. Józefie. Chcieli go przekazać parafii i przekazali, ale wygląda na to, że nikt nie był zainteresowany przywróceniem figurze dawnej świetności. Święty trafił pod schody i przeleżał tak kolejne 25 lat – opowiada nasz rozmówca. – Wszyscy o nim wiedzieli i nic nie zrobili. A dlaczego? Bo to kosztuje! Ot i cała tajemnica św. Józefa… – podkreśla. 

EI

Podziel się informacją ...

Zobacz inne

Więcej w EXTRA