EXTRANews

Okiem historyka Szymona Ptaka: Wejście wojsk niemieckich na Ziemię Wolsztyńską9 min na czytanie

EXTRA - Okiem historyka Szymona Ptaka: Wejście wojsk niemieckich na Ziemię Wolsztyńską - myregion

Już na początku 1939 r., w przygranicznych miastach atmosfera wojenna była wyczuwalna bardziej niż w głębi kraju. W powietrzu wisiało wyczekiwanie. W silnie endeckim Wolsztynie, gdzie po sąsiedzku mieszkali i Polacy, i Niemcy, mieszały się różne nastroje, ale dopiero jesienią miało się okazać, że pod płaszczykiem pozornego spokoju, w mieście wrzało.

Z relacji pana Romana Olszewskiego: Różnie bywało z tymi Niemcami. Byli to często lojalni obywatele polscy narodowości niemieckiej. Żyli normalnie, nie prowadzili żadnej działalności proniemieckiej. Podtrzymywali tradycje niemieckie, ale wspólne piwo z Polakami, wspólne interesy, nie były czymś obcym. Mieszkańcy żyli nadzieją, że wojna nie wybuchnie i oficjalnie nie podejmowano tu żadnych przygotowań.

Kiedy to się zmienia? Wiosną 1939 r., gdy oficjalnie pojawiają się żądania niemieckie wobec Polski, czuło się już narastającą groźbę wojny. 5 maja minister spraw zagranicznych Polski – Józef Beck, odrzuca żądania przyłączenia Wolego Miasta Gdańsk do Rzeszy i wytyczenia tzw. Korytarza. Nie nagłaśniane wcześniej roszczenia wychodzą na jaw. Nadzieja, że wojna nie wybuchnie wciąż się jeszcze tli, ale różne organizacje intensywnie prowadzą działalność paramilitarną związaną ze szkoleniem wojskowym. Pod koniec sierpnia rusza mobilizacja. Potem chwilowo zostaje ona odwołana i niektórzy nawet nie zdążyli dotrzeć do jednostek… Chodziło o to, żeby nie drażnić Niemców.

Dziś mało kto już pamięta, że pierwotnym terminem agresji Niemiec na Polskę miał być 26 sierpnia 1939 r. Nie wszyscy wiedzą, że termin ten został przesunięty przez Hitlera ze względu na gwarancje bezpieczeństwa dane Polsce przez Wielką Brytanię. Nie było w nich mowy bezpośrednio o Niemczech, a jedynie, że w przypadku ataku Wielka Brytania przyjdzie nam z pomocą. To troszeczkę uspokoiło sytuację, no bo kto się postawi królowej mórz? Liczono na potęgę jej armii, tak samo z resztą, jak wcześniej na Francję, która też popierała Polskę.

1 września 1939 – piątek. Nie rozpoczął się rok szkolny. Wojna wybuchła, ale tu panuje spokój militarny. Rozpoczyna się exodus mieszkańców. Rząd Polski wzywa do ewakuacji, a mężczyzn zdolnych do noszenia broni – na wschód. Następuje ewakuacja władz. Musi nastąpić. Różnie jest to oceniane, ale to nie jest ucieczka. To rozkaz. Mimo, że działania wojenne wchodzą w głąb Polski, a tutaj właściwie nic się nie dzieje.

Od dziadka wiem, że w pierwszych dniach września w pobliżu Wolsztyna pojawiły się patrole niemieckie, ale nie wchodziły do miasta. Prawdopodobnie już 1. września, a niektórzy twierdzą, że dopiero 2., wysadzono most kolejowy, ten obok mostku garbatego. Efekty były podobno znaczące, bo to istotne połączenie Zbąszynek – Poznań. Transport masowy odbywał się koleją. Przewożone byłby m. in. dostawy dla wojsk niemieckich… 3. września harcerze podpalili dworzec, a Niemcy nigdy w czasie wojny go nie odbudowali. Zbudowali tylko prowizoryczne baraki, które były poczekalnią i kasą biletową. I to jedyne budowle, które zostały zniszczone przez wycofujących się Polaków na zasadzie spalonej ziemi. Prawdopodobnie także 3. września wyruszył z Wolsztyna parowóz, który darł podkłady kolejowe w stronę Grodziska, co też uniemożliwiało transport. Psikus historii był taki, że naprawiali to potem Polacy w ramach robót przymusowych.

7 września 1939 Niemcy wchodzą do Wolsztyna i są witani owacyjnie przez lokalnych Niemców. Zachowały się zdjęcia, na których widać nazistowskie flagi i ludzi z kwiatami. Nie zapominajmy, że znaczną część mieszkańców miasta i okolic stanowili Niemcy, którym –może czasem bez przekonania, ale wypadało wyjść. Była też piąta kolumna, która aktywnie działała w okresie międzywojennym, zwłaszcza w drugiej połowie lat 30. W sobotę, po pracy wsiadali na rowery i jechali do Świętna na szkolenia paramilitarne. Tuż za Obrą była granica, a Świętno było już wsią niemiecką. Ośrodek szkoleniowy dla nich był też w Rudnie. Szkolono tutejszych Niemców do działalności dywersyjnej, ale nie tylko. Różnie można to odbierać, ale wśród tych rozentuzjazmowanych Niemców byli też Polacy. Powody były różne i nie nam dziś je oceniać, ale przez pokolenia Niemcy i Polacy żyli obok siebie i zdarzały się rodziny mieszane i choć wcześniej nie objawiały szczególnych sympatii proniemieckich, to zapewne zaważył strach i naturalna potrzeba ochrony bliskich. Nie ma powodu mówić dziś o konkretnych rodzinach, zwłaszcza, że mamy jedynie ustne relacje świadków, których dziś już nie ma.

Po wkroczeniu Niemców do Polski nie było w Wolsztynie i w okolicy żadnych walk. Jedyne informacje są takie, że z wieży klasztoru w Obrze patrol Ułanów z Leszna ostrzelał zbliżających się do Kanału Północnego Obry Niemców. To było zapewne „macanie” granicy. Główne uderzenie nie miało pójść na Wielkopolskę, bo Armia Poznań została błędnie oceniona przez Niemców jako najsilniejsza, więc nie chcieli tracić sił na walkę. No i istniały już mapy, jak będzie wyglądała Rzesza. Te ziemie miały być do niej włączone i służyć jej gospodarce jak najszybciej.

Niemcy w Obrze. Wielu mieszkańców, jak zewsząd, ewakuowało się, ale i wielu zostało. Z Chorzemina wyjechali wszyscy – po czym dojechali nie dalej, jak do Grodziska, i wracali jeszcze zanim wkroczyli Niemcy. Moja mama była wtedy kilkunastoletnią dziewczynką i mieszkała w Obrze. Pamięta wejście Niemców. Wspomina je oczami dziecka. Ludzie wyszli na ulicę, było mnóstwo dzieci. Patrzyli, jak jedzie wojsko – na furmankach. Bez czołgów i wozów pancernych, jak sobie dziś wyobrażamy. Armia konna i piesza. Żołnierze rozdawali dzieciom suchary, landrynki… Mama dostała jakąś konserwę, której nikt potem nie potrafił otworzyć. Trudno się dziwić, że wspomina to, jako bardzo przyjemne spotkanie. A potem wszystko wróciło do normy i znów trzeba było iść na pole. Weszli obcy żołnierze, ale zachowywali się przyjaźnie. To był m. in. Wermacht, ale często po prostu mieszkańcy okolicznych wsi. Mama wspomina też, że na kilka godzin przed wkroczeniem Niemców przyjechał do Obry sołtys Nowej Obry, Roa i ogłosił, że wkroczą żołnierze i żeby nikt do nich nie strzelał, a nikomu nic się nie stanie.

Wybranieccy opuścili majątek już wcześniej, wyjechali też niektórzy nauczyciele… Cześć została, a wśród nich Wanda Górska, długoletnia nauczycielka i erudytka. Była jedną z pierwszych osób, które stanęły pod ścianą. Na szczęście wyszła z tego cało, ale co ciekawe – gdy wkroczyli Rosjanie, także jako pierwsza poszła pod mur. Zaczęły się aresztowania powstańców i działaczy endecji, działaczy kultury, nauczycieli, a potem księży – elity. Z klasztoru wypędzeni zostali oblaci, a Niemcy utworzyli tam szkołę żandarmerii. Aresztowania nie były przypadkowe. Wiedzieli po kogo i dokąd mieli pójść. To efekt pracy tutejszych Niemców – aktywistów, którzy skrupulatnie notowali działalność polskich działaczy narodowych w okresie międzywojennym. W sumie z terenu powiatu zginęło ok. tysiąc osób.

Wiele osób wywieziono na roboty, a wiele zgłosiło się dobrowolnie, bo to w domu jedna gęba mniej do wykarmienia. Pracowali często blisko domu, po sąsiedzku. Bauerzy potrzebowali rąk do pracy, bo ich synowie byli na froncie. Po 1943 r. często gospodarstwa prowadziły niemieckie kobiety. Mężowie i starsi synowie na wojnie, a one zostały z młodszymi dziećmi. Przydzielano im więc robotników. Ich relacje są skrajnie różne. Od głodzenia i pracy ponad siły, po takie, że to był dobry Niemiec. Okazuje się, że nie bez znaczenia było czy Niemiec był od pokoleń mieszkańcem tych ziem, czy został tu przesiedlony. Niestety na korzyć przyjezdnych.

Aresztowanych trzeba było gdzieś przetrzymywać. Pierwsi trafiali do piwnic ratusza i do więzienia na Wschowskiej, a potem do słynnej Rafii, późniejszego Bojownika – naprzeciw Kaukaskiej, na którym dziś wisi niezauważana przez nikogo tablica pamiątkowa. Rafia umożliwiała przetrzymywanie nawet 250 więźniów, politycznie podejrzanych często tylko dlatego, że byli Polakami i tych, którzy potem trafiali na roboty do Niemiec. Z więzienia trafiali roboty lub do Fortu VII w Poznaniu, gdzie po wyroku sądu specjalnego za działalność na szkodę III Rzeszy, który dla Polaka mógł być tylko jeden – śmierć. Większość wolsztynian trafiała do Poznania, a stamtąd, jeśli przeżyli, do obozu koncentracyjnego. Fort VII to najważniejsze w Wielkopolsce miejsce martyrologii. Bielnik zaś jest symbolem lokalnym. 7. listopada powieszono tu Polaków przetrzymywanych wcześniej w Rafii i wywiezionych do Fortu VII.

Wysiedlenia ludności polskiej trwały do 1942 r. Potem osłabły, bo potrzebni byli pracownicy przymusowi. Do Generalnego Gubernatorstwa wysiedlano rodziny, które Niemcy uznali za groźne. Nikt się nimi nie przejmował. Mogli zabrać ze sobą tylko podstawowe rzeczy, do 25 kg, po czym pociąg dojeżdżał tuż za granicę Rzeszy, gdzie pozostawiano ich samych sobie. Miało to zmienić strukturę narodowościową. Na miejsce wysiedlonych sprowadzano Niemców, którzy wchodzili do pozostawionych przez Polaków domów i gospodarstw, na gotowe, ale poza tym, też się nimi nikt specjalnie nie przejmował.

W Wolsztynie sporo było rzemieślników i kupców. Było też kilka rodzin Żydowskich, które bardzo szybko przepadły bez śladu. Zgodnie z ustawodawstwem Rzeszy, polscy rzemieślnicy mogli pracować w swoich zakładach dopóty, dopóki na ich miejsce nie przyjechał rzemieślnik niemiecki o tej profesji. Wtedy byli wyrzucani, a niejednokrotnie, żeby nie utracić jakiegokolwiek źródła utrzymania Polacy we własnych zakładach zostawali pracownikami tych Niemców.

Niechlubna volkslista i volksdeutche… Niemieckie listy narodowe miały cztery kategorie. Pierwsza i druga dotyczyły obywateli polskich narodowości niemieckiej. Na pierwszej znaleźli się ci, którzy prowadzili na tu aktywną działalność proniemiecką, a na drugiej –rodowici Niemcy, którzy się nie angażowali. Dwie pozostałe to osoby, w których żyłach płynęło 50 lub 25 procent krwi niemieckiej, a ich nazwiska brzmiały z niemiecka. Co ważne, w Wielkopolsce nie było przymusu podpisania volkslisty, a mimo to spora grupa wolsztyńskich rodzin podpisała. Powodów można się tylko domyślać. Może żeby mieć wyższe przydziały żywności, może żeby chronić rodziny… Ich los był potem różny. Po Stalingradzie byli masowo wcielani do Wermachtu – spotkało to m.in. wielu mieszkańców Obry, a potem – jeśli nikt im nie zarzucił szczególnego działania przeciwko Polakom, na ogół kończyło się to dla nich przymusową, darmową pracą w PGR-ach. Długo to jednak pokutowało w pamięci ludzi.

RED

fot. archiwalne, zniszczenie mostu na Dojcy, źródło: parowozy.com.pl

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w EXTRA