EXTRA

Nie wierzysz w koronawirusa? To zapraszamy na SOR!11 min na czytanie

EXTRA - Nie wierzysz w koronawirusa? To zapraszamy na SOR! - myregion

Są pielęgniarki, które w listopadzie spędziły 350 godzin w pracy. Lekarze wcale nie są gorsi. Ale to nie wystarcza, by wyleczyć wszystkich. Bo na Covid się umiera, po prostu. A to przygnębia i frustruje. Z Aleksandrą Roszkiewicz, która od listopada kieruje oddziałem covidowym w wolsztyńskim szpitalu rozmawia Łukasz Rogalski. 

Czym różni się szpital sprzed pandemii, a ten funkcjonujący w dobie pandemii, kiedy leczycie pacjentów covidowych?

To trudne pytanie. Do organizacji pracy szpitala i systemu ochrony zdrowia przed pandemią, my – pracownicy zdążyliśmy przywyknąć. Znaliśmy frustrujące niedoskonałości systemu, ale byliśmy z nimi obyci. Obecnie, zasady pracy w szpitalu, współpracy międzyszpitalnej oraz organizacji systemu zmieniają się z dnia na dzień, co wymusza na nas tworzenie procedur, które dwa dni czy tydzień póżniej są odwoływane lub zmieniane. Taki systemowy brak strategii niesamowicie męczy, rozprasza naszą energię i wprowadza nerwowość w zespołach. Już wcześniej byliśmy przepracowani, co niewątpliwie odbije się negatywnie na naszym zdrowiu, czego z racji wykonywanego zawodu jesteśmy całkowicie świadomi. 

W jaki sposób radzi sobie pani z ciągłym zagrożeniem związanym z ryzykiem zakażenia, w tym zakażenia personelu, którym pani kieruje?

Na ryzyko zakażenia personel reaguje różnie, ponieważ różne są uwarunkowania życiowe. Niektórzy sami chorują przewlekle, inni mieszkają z osobami starszymi, chorującymi bądź leczonymi w sposób obniżający odporność. Każdy z nas boi się o kogoś ze swoich bliskich. Pewnie ze względu na chorych, z którymi się spotykamy na co dzień, mamy też większy lęk związany z zachorowaniem na COVID-19. W pracy nie spotykamy się w większości z pacjentami bezobjawowymi czy skąpoobjawowym, tylko z pacjentami w stanie średnio- i bardzo ciężkim, to zmienia sposób widzenia tej choroby i musi budzić lęk. Dodam, że na pewno nie mogę narzekać na zespół. Pracownicy pomimo ogromnego zmęczenia i stresu wkładają dużo wysiłku i troski w pielęgnację i leczenie naszych pacjentów. 

EXTRA - Nie wierzysz w koronawirusa? To zapraszamy na SOR! - myregion
Na oddziałach covidowych obowiązują specjalne kombinezony

Jak pani funkcjonuje przy tylu godzinach dyżurowania?

To nie jest dobry moment na takie pytanie.., jestem akurat po 48-godzinnym dyżurze i czuję się bardzo zmęczona. Myślę, że to nie będzie odpowiedź jedynie na temat mojego funkcjonowania. Pracujemy w zespole, dużo ze sobą rozmawiamy, więc wiem jak funkcjonują koleżanki i koledzy, pielęgniarki, pielęgniarze, ratownicy, salowe, lekarki i lekarze. W pracy po prostu pracujemy, jest coś do zrobienia, są emocje, więc się to robi jak najlepiej i na ile wystarcza sił fizycznych i psychicznych. 

I musi ich wystarczyć dla pacjentów, ich rodzin…

Tak. Pacjenci mają tylko nas, ponieważ jest zakaz odwiedzin. Wspieramy ich więc również psychicznie. W szpitalach nie ma przecież dostatecznej liczby psychologów, którzy mogli by nas w tym wesprzeć. Trzeba dodać, że przeżywanie trudnych chwil z pacjentami i ich rodzinami. jest dla nas również obciążające. Trudno wysłuchać historii rodzin pacjentów, odpowiedzieć na pytania zgodnie z prawdą, że na przykład stan zdrowia kogoś bliskiego jest bardzo ciężki a rokowanie raczej złe, a później żyć tak, jakby tych rozmów nie było. To wszystko, z czym się spotykamy zostaje w nas. Przygnębia, frustruje, sprawia że czasem, kiedy wrócimy do domów nie chce się rozmawiać z bliskimi lub bywa się dla najbliższych zwyczajnie niemiłym. Z powodu naszej pracy zdecydowanie najbardziej cierpi nasze życie prywatne i najbliżsi.

Czy pacjenci i ich rodziny to doceniają?

Społeczeństwo jest coraz częściej nastawione wrogo, nieufnie i roszczeniowo do pracowników ochrony zdrowia. Dopiero dobre podejście z naszej strony jest w stanie ukształtować z czasem relację na właściwym poziomie wzajemnego zaufania i współpracy, choć niestety w niektórych przypadkach nigdy tego nie osiągamy. Wystarczy poczytać prasę, portale internetowe, wypowiedzi pod artykułami dotyczącymi sytuacji w ochronie zdrowia, by mieć obraz, jak ludzie postrzegają pracę pielęgniarek i lekarzy. Czasem zastanawiam się jak bardzo gorzej musi być, żeby rządzący krajem uznali, że system ochrony zdrowia sięgnął dna i wprowadzili reformę. Nasi pacjenci są bardzo ciężko chorzy, a my staramy się im pomóc, więc współpraca zazwyczaj się układa. Staramy się też dbać od dobre kontakty z rodzinami pacjentów – rzetelnie udzielać informacje, umożliwić pożegnanie z umierającym bliskim. Empatia w tych relacjach to podstawa, mimo że kontaktowanie się z rodzinami, przeżywanie ich bólu i cierpienia jest niekiedy ekstremalnie trudne. W kontaktach z pacjentami chyba najgorzej jest w SOR, niektórzy chorzy są w na tyle dobrym stanie, że postawa roszczeniowa faktycznie jest postawą dominującą. 

Ile godzin tygodniowo spędzają w szpitalu lekarze i pielęgniarki?

Bałam się tego pytania. Mam w grafiku lekarskim kilka osób, które w listopadzie spędziły 350 godzin w pracy i tyle samo mają zaplanowane na kolejne miesiące. Kolejnych kilka osób pracuje 250-300 godzin w miesiącu. Należy pamiętać, że etat to 160 godzin pracy w miesiącu. Dopiero zestawiając te dane widać z czym się borykamy. Z pielęgniarkami jest podobnie. Przed pandemią brakowało ludzi do pracy, nadgodziny były normą. Teraz, od kiedy przepisy prawa pracy przestały obejmować „medyków” pracujemy jeszcze więcej.

I wtedy słyszy się, że chodzi o pieniądze. 

Tak, często można usłyszeć lub przeczytać komentarze, że ludzie pracują tyle z pazerności. Zapewniam, że tak nie jest. Każdy z nas gdyby miał wybór, pracowałby mniej. Niestety, pracujemy w tym systemie jako zespół, wystarczy że jedna osoba powiedziałaby, że redukuje godziny pracy, pozostałe osoby musiałyby, chcąc zabezpieczyć chorych, pracować jeszcze więcej. W pewnym momencie okazałoby się, że więcej się nie da i że nie jesteśmy w stanie wykonywać w ciągłości naszych obowiązków, co stanowiłoby bodziec do poddania się i rezygnacji dla kolejnych osób. Wtedy należałoby rozesłać pacjentów do innych szpitali i zamknąć oddział. Tak więc nasza praca opiera się na uporze, solidarności i wewnętrznym poczuciu, że praca musi być wykonana. Może to jest właśnie to poczucie misji, o które pan pytał? 

Czy w Pani ocenie wszyscy pacjenci, którzy trafiają do szpitala, powinni się w nim znaleźć? A może to wina lekarzy rodzinnych, bo o tym też się mówi?

To działa w obie strony. Trafiają do szpitala pacjenci, którzy nie musieliby trafić oraz zdarza się, że nie trafiają ci, którym można by spróbować uratować życie, gdyby trafili wcześniej lub gdyby w ogóle trafili do szpitala. Nie winiłabym lekarzy rodzinnych personalnie. Owszem, opieka przez nich sprawowana została ograniczona, ale ma na to wpływ wiele czynników – uchwalone akty prawne, brak odgórnych wytycznych i wskazówek, jaki kształt powinna przyjąć opieka lekarzy rodzinnych nad ich pacjentami. Nie możemy zapominać, że część lekarzy rodzinnych to osoby, które od wielu lat mogłyby być na emeryturze, a jednak nadal pracują, również narażając siebie. Problem wynika ze złej organizacji systemu opieki zdrowotnej w naszym kraju. Z braku pomysłu na reformę, niewystarczającego finansowania, braku kadr. 

EXTRA - Nie wierzysz w koronawirusa? To zapraszamy na SOR! - myregion
Jedna z sal, gdzie leczeni są pacjenci zarażeni koronawirusem

Z jakimi objawami trafiają do szpitala pacjenci zakażeni koronawirusem?

Najczęściej z objawami zapalenia płuc, a więc z kaszlem, dusznością, gorączką, odwodnieniem, osłabieniem. Są również pacjenci, którzy zapalenie płuc przeszli bezobjawowo, a trafiają do nas po pewnym czasie z powikłaniami zapalenia płuc, na przykład z odmą opłucnową. 

Jaki procent tych pacjentów umiera?

To trudne pytanie, bo mamy za małą grupę osób leczonych z powodu COVID-19, by dokładnie określić śmiertelność. Te 2-4 proc., które podaje się ogólnie, w statystykach to 2-4 na 100 osób z rozpoznanym zakażeniem, również bezobjawowych. Musimy mieć na uwadze fakt, że w związku z małą liczbą testów w Polsce liczba zachorowań jest niedoszacowana. Dodatkowo prowadzone są dyskusje na temat kwalifikacji zgonów jako spowodowanych przez COVID-19. Patrząc tylko na nasze szpitalne statystyki, do tej pory na intensywnej terapii śmiertelność wynosi około 50 proc., na oddziale dla chorych niezaintubowanych około 15 proc. Te liczby bedą się najpewniej zmieniać w najbliższym czasie. 

Ile czasu zajmuje znalezienie miejsca dla pacjenta z Covid-19 w szpitalu zakaźnym, bo wiem, że nie jest to łatwe?

Różnie. Pewnie koledzy z SOR mieliby na ten temat więcej do powiedzenia. Do początku listopada było naprawdę trudno przekazać pacjenta do innego szpitala. Kolega dyżurny skarżył się, że wiele godzin poświęcił na dzwonienie w sprawie przekazania. Był to czas, który na pewno wolałby poświęcić na zbadanie i leczenie pozostałych pacjentów. Od 2-3 tygodni jest nieco lepiej, ponieważ zwiększyła się liczba dostępnych łóżek. W wielu szpitalach powstały tzw. „oddziały covidowe”, a w poszukiwaniu miejsca pośredniczy call center. Dzięki tym zmianom, pacjenci z Wolsztyna i okolic nie są już w większości odsyłani do najdalszych szpitali w województwie.

Wracając jeszcze do kwestii bezpieczeństwa. Czy personel „oddziału covidowego” obowiązują specjalne restrykcje, np. zakaz przemieszczania się w czasie prywatnym? 

Absolutnie nie, byłoby to stygmatyzujące i wykluczające. Personel „oddziału covidowego” pracuje przy pacjentach ze stwierdzonym zakażeniem lub podejrzanych o bycie zakażonymi w środkach ochrony osobistej. Każdy z pracowników wie jak zakładając i zdejmując środki ochrony osobistej zadbać o swoje bezpieczeństwo. Wbrew pozorom, przy obecnej skali rozprzestrzenienia wirusa w społeczeństwie, myślę, że łatwiej się zakazić w przestrzeni publicznej – na przykład w sklepie, niż w oddziale szpitalnym. 

A ile czasu zajmuje ubranie się w kombinezon zabezpieczający przed zakażeniem i czy w trakcie dyżuru można go zdjąć?

Kiedy się bardzo spieszymy, ubranie trwa około 3-4 minut, na spokojnie około 10 minut. Trudniejsze i wymagające większej uwagi jest zdejmowanie kombinezonu. Musi być zachowana odpowiednia kolejność, konieczna jest wielokrotna dezynfekcja rękawic. Od tego zależy nasze bezpieczeństwo. Staramy się jak najlepiej zorganizować pracę w zakresie czynności podlegających zaplanowaniu, by będąc w kombinezonie wykonać je jak najsprawniej. 

O jakich czynnościach mówimy?

Wg tej zasady, na intensywnej terapii najpierw pielęgniarki przygotowują zlecone leki do strzykawek, pakują opatrunki na zmianę oraz środki do kąpieli pacjentów, dopiero pózniej ubierają się i przechodzą do strefy czerwonej, do chorych. W strefie zielonej zostaje wtedy jedna osoba – pielęgniarka lub lekarz, by móc podać coś, czego nie przewidziano, że będzie potrzebne. Poranne czynności przy chorych trwają kilka godzin, jeśli nie mamy kolejnego pacjenta do przyjęcia lub zaplanowanych zabiegów – np. tracheotomii czy wymiany wkłuć – można wyjść, zdjąć kombinezon, wykąpać się w płynie dezynfekcyjnym i przystąpić do wypełniania dokumentacji a następnie do kolejnego wejścia do strefy czerwonej. Posiłek, toaleta, kawa czy herbata odbywa się zazwyczaj „w biegu”, pomiędzy tymi czynnościami. Jeśli przyjmujemy pacjenta, pracujemy przy nim na wstępie kilka godzin. Podobnie z nastawianiem respiratorów – kiedy coś zmieniamy, musimy pozostać przy chorym i obserwować, jak te zmiany wpływają na oddychanie i mierzone parametry, czasem dobranie dobrej wentylacji zajmuje kilkadziesiąt minut na jednego chorego. Leczenie to czasochłonny proces. 

Co powiedziałaby pani ludziom, którzy nie wierzą w koronawirusa

Gdybym mogła, zaprosiłabym ich na SOR, by zobaczyli jak cierpi człowiek, który się dusi oraz pokazałabym jak wyglądają tomogramy płuc pacjentów zdrowych i chorych na Covid. Przestrzeganie zaleceń pozwala ograniczyć liczbę zachorowań i rozciągnąć w czasie trwanie pandemii, by móc zastosować wynalezione szczepionki. Nieprzestrzeganie tych zasad sprawi, że równocześnie będzie trafiać do nas tak wielu chorych, że nie będziemy w stanie im wszystkim pomóc. Musimy pamietać o odległych skutkach pandemii. My jako pracownicy jesteśmy przyzwyczajeni do obciążeń wynikających z naszej codziennej pracy; trauma związana z bezsilnością, brakiem środków i leków, chaosem organizacyjnym na pewno wpłynie na rezygnację z pracy części personelu i dalsze pogłębienie problemu braku kadr. 

Dziękuję za rozmowę. 

Oddział covidowy ma dwie części. Aleksandra Roszkiewicz odpowiada za układanie grafiku lekarskiego w obydwu i koordynuje pracę w części intensywnej terapii. Nadzór merytoryczny nad częścią dla chorych niewentylowanych pełni doktor Marcin Śron, szef interny. W wolsztyńskim szpitalu dziennie przebywa średnio 40 pacjentów chorych na Covid. W listopadzie z tego powodu zmarło około 20 osób.

Łukasz Rogalski

Podziel się informacją ...
  • 132
  •  
  •  
  •  
  • 0
  •  
  •  
    132
    Udostępnienia

Zobacz inne

Więcej w EXTRA