EXTRANewsNOWY TOMYŚL

Nasza policjantka, która była na wojnie: Wszyscy pytają, ilu ludzi zabiłam2 min na czytanie

EXTRA - Nasza policjantka, która  była na wojnie: Wszyscy pytają, ilu ludzi zabiłam - myregion

Kiedy światem wstrząsają kolejne konflikty i giną tysiące osób, w naszym regionie są ludzie, którzy byli na misjach i pomagali cywilom. Jedną z tych osób jest pani Anna, była policjantka z Nowego Tomyśla.

Pani Anna (46 l.) najpierw pracowała w komendzie w Nowym Tomyślu. Do testów podczas naboru do policji podeszła na spokojnie. Szybko dostrzeżono jej umiejętności i skierowano na kurs instruktora strzelań policyjnych, potem trafiła do Poznania. Była specjalistką od broni. Nie sili się na fałszywą skromność i przyznaje, że okazała się jedną z najlepszych.Uczyła też w szkole policyjnej. Gdy zgłosiła się jako chętna do wyjazdu na misję, wielu mówiło, że nie ma szans. Nie zdarzało się bowiem, aby kobieta trafiała do batalionu patrolowo – interwencyjnego. Pani Anna przeszła jednak trudną rekrutację i została zakwalifikowana. Był kwiecień 2010 roku. Z powodu katastrofy w Smoleńsku wyjazd przełożono o trzy miesiące. Mieli spędzić w Kosowie pół roku, zostali na 9 miesięcy. 

Trzeba wyjaśnić, że policja nie jeździ w miejsca, gdzie trwa wojna. W Kosowie w 2010 roku konfliktu zbrojnego nie było. – Jestem pacyfistką. Zadaniem policji jest pilnowanie porządku i bezpieczeństwa publicznego, a nie walka – mówi pani Anna. Wspomina, że na służbie trwała często wiele godzin. Bezpiecznie nie było. Bywało, że spała niewiele, ciągle w stanie pełnej gotowości. Nie mogła liczyć na taryfę ulgową, ale taka jest służba. – Wiedziałam, że będzie ciężko. Sam sprzęt, który miałam na sobie ważył około 60 kilogramów. Ile razy była zmuszona użyć broni? – Tyle, ile trzeba – mówi krótko. – Wszyscy pytali, ilu ludzi zabiłam. Ale na takie pytania się nie odpowiada – przerywa. Wiadome jest bowiem, że rozkazów trzeba słuchać, a decyzje podejmować szybko. Chodzi o to, żeby nikt nie zginął.

Pani Anna przyznaje, że gdyby znów miała podjąć decyzję czy jechać, nie wahałaby się. Czy zrobiła to dla pieniędzy? – Nie tylko. Miałam w życiu momenty, kiedy pieniądze były, ale były i takie, kiedy ich brakowało. Nie chodzi o kasę – podkreśla. Wyjaśnia też, że niektórzy od zagranicznych misji się uzależniają. Ona nie, była tylko raz. – Szanuję tych, którzy służą w takich miejscach. Narażają swoje życie, aby zapewnić innym bezpieczeństwo – tłumaczy. Dziś odpoczywa. Po 15 latach przeszła na emeryturę, zajmuje się córką. – Na razie nic nie wskazuje na to, aby chciała iść w moje ślady – uśmiecha się na koniec mieszkanka Zbąszynia.

JP

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w EXTRA