EXTRA

Kupili ruinę, mają zabytek. Teraz potrzebna jest renowacja, a większość instytucji umywa ręce3 min na czytanie

EXTRA - Kupili ruinę, mają zabytek. Teraz potrzebna jest renowacja, a większość instytucji umywa ręce - myregion

Pani Marzena z Borui Kościelnej od kilku lat walczy o zachowanie dachu nad głową i dziedzictwa kulturowego regionu, które – tak się złożyło, jest przy okazji jej domem. Chronią wszyscy, ale żeby pomóc ratować przed zawaleniem chętnych nie ma. 

Choć olęderskich domów jest tu kilka, tylko ten jeden wpisany został do rejestru zabytków, co sprawia, że byle remont jest problemem formalnym i finansowym. – W Borui Kościelnej tylko kościół dostąpił tego zaszczytu… I nasz dom – mówi. W rejestrze są jeszcze dwa inne domy w szarkach i Nowej Borui. Reszta poolęderskich budynków figuruje jedynie w ewidencji gminnej.

Drewniana chałupa w typie olęderskim pochodzi z pierwszej połowy XIX wieku. Należy do rzadkich i cennych przykładów architektury drewnianej związanej z osadnictwem olęderskim w regionie nowotomyskim i ma charakterystyczny dla niego rodzaj wysokiego poddasza, nadwieszonego w stosunku do ścian parteru, zwany tremplem. – Rodzice kupili ten dom w 1986 roku. Był wtedy w kompletnej runie, z dziurawym dachem – wspomina pani Marzena. – Nie był wtedy jednak wpisany do rejestru zabytków i remontowanie go nie było objęte takimi restrykcyjnymi przepisami, jak teraz – dodaje. 

Od momentu, gdy został objęty ochroną konserwatora zabytków wszystko stało się dużo trudniejsze, bo na każdą ingerencję – szczególnie na zewnątrz budynku, potrzeba jest zgoda konserwatora. – Każda naprawa wymaga projektu, zgody i kosztuje kilka razy więcej, niż gdyby chcieć remontować zwykły dom. Nie można remontować systemem gospodarczym, własnymi siłami. Musi to robić firma uprawniona do prac na zabytkach – wylicza pani Marzena. Dom jej się wali, a ona zbiera pieniądze.

– Nie jesteśmy w stanie uratować domu z własnych środków. Kosztorys sporządzony na podstawie projektu opiewa na 325 tys. zł. Musielibyśmy sprzedać wszystko, co mamy, żeby wyremontować dom na zewnątrz, czyli naprawić dach, kominy i ścianę – wyjaśnia pani Marzena. – Pisałam wnioski do wszystkich świętych! Bo na papierze taki zabytek to chronią wszyscy, a w praktyce niemal wszyscy umywają ręce. Gmina Nowy Tomyśla pomogła mi i zapłaciła za przygotowanie projektu. Jestem bardzo wdzięczna, ale to dopiero początek długiej drogi. Napisałam wnioski o dotacje do marszałka województwa, wojewódzkiego konserwatora zabytków, a nawet do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego – wylicza. 

Marszałek nie pomógł. – Okazało się, że wszystkie pieniądze, które w tym roku miały być przeznaczone na ratowanie zabytków zostały przesunięte na walkę z pandemią – mówi kobieta. Ministerstwo odpowiedziane za ratowanie dziedzictwa nie dało ani grosza. Wniosek pani Marzeny został odrzucony, a gdy złożyła odwołanie, owszem – zostało rozpatrzone. Też odmownie.

W zabytkowym domu mieszkają jej rodzice – emeryci. Mama ma świadczenie rolnicze, a ojciec – jak to emerytowany pracownik fizyczny różnych niezbyt hojnych zakładów, nieprzesadnie wybujałą emeryturę zusowską. – Ja jestem cukiernikiem, ale prowadzę z mężem małe gospodarstwo rolne. Mamy troje dzieci… Szału nie ma – podkreśla pani Marzena. – Do konserwatora wnioskowałam o 49 procent kosztów. Choć wcześniej nie było o tym mowy, okazało się, że muszę mieć wkład własny… A skąd mam wziąć? – pyta. 

Ostatecznie dostała dotację w kwocie 30 tys. zł. – Jak uzbieramy, to dołożymy jeszcze 10 tys. i powinno wystarczyć na kominy – mówi. Ale ziarnko do ziarnka… Pani Marzena założyła zbiórkę na portalu zrzutka.pl. Jak dotąd uzbierało się tam wśród najbliższych sąsiadów 571 zł. – Mam nadzieję, że ludzie, którym los zabytków, nawet tych niewyszukanych, ale wyjątkowych, nadających kolorytu i wyjątkowości tej ziemi, pomogą – mówi. – Inaczej przyjdzie nam poszukać jakiegoś kąta, a temu domowi, z wielkim żalem, ale pozwolić się zawalić – dodaje. 

EI

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w EXTRA