EXTRANews

Kiedy dziecko umiera6 min na czytanie

EXTRA - Kiedy dziecko umiera - myregion

– Nie płacz, trzeba żyć dalej – takie słowa słyszą rodzice, których dziecko ginie, popełnia samobójstwo lub umiera po długiej chorobie. Słowa, które zamiast wspierać, często ranią i zamiast pomagać, szkodzą. Pogrążeni w żałobie rodzice robią dobrą minę do złej gry, zamykają się we własnym świecie i nie przyjmują do wiadomości tego, co się stało. Nie mówią i nie przeżywają tragedii, która w ocenie psychologów jest największą, jaka może się przydarzyć człowiekowi. Choć przecież śmierć towarzyszy nam praktycznie codziennie i jest częścią życia. 

– Gdyby łzy mogły wskrzeszać, a miłość uzdrawiać… byłbyś z nami – napisali rodzice na nekrologu 14-letniego chłopca z Wolsztyna, który zmarł po siedmiu latach choroby. Cierpiał na nowotwór złośliwy. Przeszedł kilka operacji, chemioterapię, radioterapię i tzw. autoprzeszczep szpiku. Wydawało się, że wraca do zdrowia, ale po dwóch i pół roku choroba wróciła. Potrzebny był przeszczep. Ten zrobiono, ale komórki rakowe znów zaatakowały. Rodzina walczyła. Szukała pomocy za granicą. Zbierano pieniądze, organizowano koncerty, angażowano znanych ludzi. Cud się nie zdarzył. Od śmierci chłopca minęło kilka lat, a pamięć o nim jest wciąż żywa. Na Facebooku można znaleźć wspomnienia. – Brak mi jest przytulania, twojego gustu dobrego, brak mi mój synku wszystkiego – napisała mama chłopca w Dniu Dziecka Utraconego obchodzonego w Polsce od kilku lat. Bliscy i znajomi komentowali wpis. Pisali, że ta rodzina jest dla nich autorytetem. Wstawiali serduszka, życzyli siły. 

Beata, mama 19-letniego Mateusza do dziś pamięta grudniowy dzień. Chłopak wyszedł na spotkanie ze znajomymi. Zawsze był z mamą w kontakcie. Pisał esemesy, że wraca, albo że będzie później. – Kiedy kładłam się spać, nie było żadnej wiadomości. Obudziłam się o trzeciej i dalej była cisza – wspomina. Już z samego rana z mężem rozpoczęła na własną rękę poszukiwania. – Tego dnia mocno sypał śnieg – pamięta. Policja przyjęła zgłoszenie dopiero po kilkunastu godzinach. Do akcji zaangażowano straż i nurków, bo chłopak miał wracać wzdłuż rzeki. Pytano znajomych, sąsiadów. Nikt nie wiedział, co się stało. Mateusz miał na drugi dzień spotkać się z koleżanką. Przygotowywał się do matury. – Mieli razem się uczyć – mówi matka. Wspomina, że miała z synem bardzo dobry kontakt. – Byliśmy bardzo podobni, opowiadał mi o wszystkim. O szkole, znajomych, sercowych rozterkach, problemach. Tego dnia nagle wszystko się skończyło – mówi. Od zaginięcia mijały dni, tygodnie, miesiące. – Żyłam nadzieją, choć ta każdego dnia gasła. Zaczęłam korzystać z pomocy psychologa, brałam leki, pojechałam kilka razy na spotkanie z grupą wsparcia – mówi Beata. Przyznaje jednak, że to nie pomagało. – Było to ciągłe wracanie do tego, co się stało – wyjaśnia. 

W domu został jeszcze młodszy syn i mąż. – Kilka miesięcy po zaginięciu stanęłam w kuchni i przypomniałam sobie, że dawno nic nie piekłam. Brzmi to absurdalnie, ale tak było. Nagle dotarło do mnie, że przecież są jeszcze inni, że muszę zacząć funkcjonować, chociażby dla nich – opowiada. – Wzięłam się za porządki, dużo pracowałam, przeprowadziłam się na jakiś czas do przyjaciółki – wspomina po latach. To ją ratowało. Również w momencie, kiedy po siedmiu miesiącach ciało Mateusza znalazł wędkarz. – Od miesięcy przypuszczałam, że syn nie żyje – opowiada Beata. Sprawą zajęła się prokuratura. A to było najgorsze. – To w jaki sposób mnie potraktowano było straszne. Jak wroga – opowiada i przyznaje, że nie brała udziału w identyfikacji zwłok. – Chciałam zapamiętać syna takim, jakim był za życia – mówi. Jego tożsamość potwierdziły badania DNA. Pogrzeb odbył się ponad miesiąc po tym, jak znaleziono ciało. 

20-letnia Kasia była w trakcie zdawania egzaminów maturalnych. – Miała niespożyte siły i wielką energię. Sama zarabiała na swoje wydatki. Chciała być niezależna – wspomina mama dziewczyny. Opowiada, że córka kochała zwierzęta, lubiła też biegać. Miała plany, które uzależniała od wyników matury. Majowego dnia Kasia z koleżanką postanowiły wybrać się na grilla. Wsiadły do samochodu, ale nie dotarły do celu. Auto wypadło z drogi i uderzyło w drzewo. Koleżanka trafiła do szpitala, Kasi nie udało się uratować. – Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą – mówiła wówczas katechetka, która uczyła dziewczynę. W żałobie zostali rodzice i dwaj bracia. A żałoba to proces złożony z kilku etapów. Powinna się zakończyć przystosowaniem się do życia po stracie osoby bliskiej. 

Anna Dodziuk, psychoterapeutka i autorka publikacji o życiu po stracie, w jednym z wywiadów przyznaje, że często rodzina i bliscy robią dobrą minę do złej gry. Wynika to z tego, że jak tylko zaczyna się płacz, to podchodzi ktoś i mówi – nie płacz. A to błąd, bo po stracie bliskiej osoby nawet sto godzin płaczu to czasem za mało. Każdy tragedię przeżywa inaczej. Śmierć trzeba przepracować, a ostatnim etapem jest pogodzenie się z faktem, że bliskiej osoby już nie ma. Nie przejście przez wszystkie etapy żałoby czyli zaprzeczenie, gniew, złość, smutek i wreszcie pogodzenie się ze stratą, może powodować depresję i ciągły ból. Dlatego, że śmierć bliskich musi boleć. Niektórzy psychologowie uważają nawet, że okres roku od straty jest potrzebny po to, aby rodzina mogła stworzyć nową mapę swojego świata. Ważni są też bliscy. I wcale nie trzeba dużo mówić. 

Jak przyznaje Dodziuk, czasem wystarczy być. Osoby, które tracą kogoś ważnego często myślą, że nie wypada obciążać innych swoimi problemami. Mogą uważać, że ludzie akceptują tylko ludzi pogodnych i uśmiechniętych. I tacy starają się być, mimo tego, że przeżywają ból. Stąd też, jak tłumaczy psychoterapeutka, nie należy unikać rozmów o zmarłym. Trzeba wspominać i niekoniecznie w sposób wyidealizowany, tylko prawdziwy. Uczucia związane z bliską osobą muszą być przetrawione i nie można ich blokować. Do tego potrzebny jest też czas. 

Beata, mama nieżyjącego Mateusza, mówi, że ze śmiercią syna pogodziła się po dwóch latach. Dziś żyje inaczej. – Zmieniło się spojrzenie na świat, na to co jest, co będzie. Zmieniło się wszystko. Trzeba żyć. Dla siebie i innych – mówi. Potwierdza to Monika Ziółkowska – Młyńczak z Pracowni Psychologicznej Persona. – Należy powiedzieć: “kocham cię, ale pozwalam ci odejść” – mówi psycholożka.

Łukasz Rogalski 

Imiona bohaterów zostały zmienione.

Podziel się informacją ...
  • 6
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    6
    Udostępnienia

Zobacz inne

Więcej w EXTRA