EXTRA

Jego dom od ruchliwej krajówki dzielą centymetry. “Nie boję się, bo czuwa nad nami pan Bóg”5 min na czytanie

EXTRA - Jego dom od ruchliwej krajówki dzielą centymetry. “Nie boję się, bo czuwa nad nami pan Bóg” - myregion

Przez odcinek krajówki łączący Grodzisk z Wolsztynem przejeżdża dziennie kilka tysięcy aut. Kiedy jadą tiry, chałupy trzęsą się w posadach, podobnie ich właściciele. Ale Felicja i Zenon, których dom od drogi dzielą centymetry, są spokojni. – Przez lata, nic się nie stało – mówią i wskazują rękoma ku górze. 

Pani Felicja, widząc auto na obcych rejestracjach, staje w drzwiach. Nieustanny rumor przejeżdżających samochodów przeplata się z odgłosem szczekającego psa. – Myśmy po tylu latach się już przyzwyczaili – mówi na powitanie 80-letnia mieszkanka Ruchocic. Dom, w którym z mężem i trojgiem dzieci mieszka, formalnie należy do tej miejscowości. Na nikim z domowników nie robi wrażenia to, co dzieje się za ścianą. A wyczyny kierowców wołają o pomstę do nieba. Kiedy wychodzę na zewnątrz widzę, jak kierowca tira na podwójnej ciągłej wyprzedza ciągnik niemal spychając z drogi jadącą z naprzeciwka osobówkę, inny pędzi na złamanie karku setką, gdzie w tym miejscu wolno jechać 70. – Ze dwa lata temu był tu wypadek. Zginął młody kierowca, w nocy jechał – wspomina pani Felicja. Jej syn dodaje, że poszedł nawet zobaczyć. – Chłopak wyglądał, jakby spał – opowiada. – Zresztą … – wtrąca pani Felicja. – Maż wróci z pracy, to więcej panu powie – przerywa. Jej córki przytakują, jedna dzwoni po tatę. 

Dwanaście kilometrów dalej, na wylocie z Rostarzewa, stoi podobny dom. Tyle, że od asfaltu nie dzielą go żadne centymetry. Droga w tym miejscu nieco się zwęża, bo jedna ze ścian budynku właściwie na niej stoi. Metalową furtę od bramy otwiera pani Waleria. W tle, podobnie jak w Ruchocicach, słychać ujadającego psa. Starsza pani jest zdziwiona. – Co tu opowiadać? – pyta zaskoczona, że kogoś jej dom interesuje. – W latach 70. go kupiliśmy. Kto by pomyślał, że tyle samochodów będzie jeździć. Wtedy krowy tą ulicą chodziły – wspomina. Podobny dom stał kiedyś kilometr dalej. W sierpniowy poranek 2006 roku niemal zmiotła go z ziemi rozpędzona ciężarówka. – Usłyszałem pisk opon, więc ruszyłem do okna, żeby zobaczyć, co się dzieje. Nagle na głowę posypał mi się tynk i cegły – mówił wówczas pan Wacław. Miał z rodziną szczęście, skończyło się na niegroźnych skaleczeniach. Dziś mieszkają dalej od drogi. Nie chcieli ryzykować i postawili nowy dom. Pani Waleria z mężem też chciała. – Prosiliśmy, żeby nam inną działkę dali, ale zgody nie było i żeśmy odpuścili – wspomina. Teraz mąż nie żyje, a dom na drodze, z panią Walerią w środku, pozostał. – Kiedyś w ścianę uderzyła karetka. To jedyne, co pamiętam. Po tym barierki nam zrobili, ale co to daje? Jak ma tir wjechać, to wjedzie – mówi zrezygnowana. 

Wracam do Ruchocic, wita mnie pan Zenon. Wrócił ze spółdzielni, gdzie mimo skończonych 82 lat pracuje. – Całe życie coś robiłem, nie potrafię tak usiąść i nie robić nic – tłumaczy wiedząc, że tacy jak on to rzadkość. Przez lata był leśnikiem, pochodzi spod Grodziska. Dom w Ruchocicach kupił w latach 60. – Za 1800 zł – precyzuje podkreślając, że to była dobra oferta. Ma dobrą pamięć, ale słabo słyszy. – Chciałbym w tym roku aparat słuchowy kupić – zdradza. Przyznaje, że następne na liście wydatków są okna. Te od strony ulicy, w salonie. – Żeby mniej było tego hałasu – zaznacza, choć teraz rumor za bardzo mu nie przeszkadza. Kiedy idziemy do ogrodu, palcem wskazuje na ścianę najbliżej ulicy i wyjaśnia, że za nią śpi syn. – Czy nie boi się, że ktoś mu wjedzie do pokoju? A czego tu się bać? Przez 50 lat nic się nie stało. Do odważnych świat należy! – śmieje się. Zaraz jednak poważnieje, gdy widzi, jak tir na obcych rejestracjach wyprzedza na trzeciego. – Takim to powinni odrazu prawo jazdy odbierać. Co mu to da? Pięć minut szybciej na miejscu będzie, chyba, że kogoś po drodze zabije – złości się. W końcu sam jest kierowcą. Z dumą prezentuje czerwone seicento. – Dobry samochód – chwali, po czym dodaje: ja panu powiem, jak wyjechać z posesji i się nie zabić. 

– Na te lustro niech pan nie patrzy – instruuje. – Niby widać, że droga wolna, a zaraz jakaś osobówka potrafi zza zakrętu wyskoczyć. Mnie zawsze ktoś z domowników wypuszcza. Wychodzi i sprawdza, czy z lewej nic nie jedzie. Zanim pan wyjedzie, niech pan poczeka i rusza wtedy, kiedy machnę. Ale szybko ucieka do prawej strony, bo nigdy nic nie wiadomo – przestrzega. Na pożegnanie podaje dłoń i tkwimy tak przez dłuższą chwilę. – Pyta pan, czy się boimy – mówi w końcu. – Nie ma czego. Każdy z nas ma swój czas na ziemi. Jak coś ma się stać, to się stanie. Wszystko w rękach Tego na górze. To on nad nami czuwa – uśmiecha się i odwraca zmierzając powoli w stronę drogi. Kiedy macha, wyjeżdżam. – Miał rację – myślę, kiedy widzę w lusterku pojawiającą się nagle ciężarówkę. Uciekam do prawej, jak kazał pan Zenon. 

ŁR

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w EXTRA