NewsREGION

Dwie osoby nie żyją. Kilka dni czekały na poradę lekarza rodzinnego3 min na czytanie

News - Dwie osoby nie żyją. Kilka dni czekały na poradę lekarza rodzinnego - myregion

Mieszkanka gminy Siedlec zmarła, bo nie otrzymała na czas pomocy medycznej. Z nieoficjalnych informacji wynika, że kobieta chorowała i gorączkowała od kilku dni, ale nie udało się jej uzyskać pomocy lekarza rodzinnego. W końcu rodzina wezwała pogotowie. Karetka nie zabrała jednak pacjentki do szpitala przy pierwszej wizycie, a przy kolejnej ratownicy stwierdzili zgon. 

Tuż przed seniorką z Siedlca zmarł mieszkaniec gminy Zbąszyń, który nie doczekał się przyjęcia przez lekarza pierwszego kontaktu. Rodzina twierdzi, że nie był zakażony koronawirusem, ale padł ofiarą pandemii, bo próby uzyskania konsultacji lekarskiej trwały kilka dni, a jedynymi odpowiedziami były: „nie ma bezpośredniego zagrożenia życia”, „w szpitalach nie ma miejsc” i „nie przyjedziemy”, a podczas teleporady lekarz zalecił picie wody i czekanie.

– Na podstawie zapisów w systemie mogę potwierdzić, że we wtorek (27.10.) o godz. 20. nasz dyspozytor skierował karetkę do do pacjentki w starszym wieku, a kilka godzin później była kolejna dyspozycja pod ten sam adres, do tej samej osoby. Po tym wezwaniu rodzina dzwoniła jeszcze raz, starając się przyspieszyć przyjazd karetki – mówi Robert Judek, rzecznik prasowy Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu oraz przewodniczący wielkopolskiego oddziału Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Ratowników Medycznych. 

– Chciałbym jednak podkreślić, że Zespoły Ratownictwa Medycznego w Wolsztynie podlegają tamtejszemu szpitalowi. Nasza dyspozytornia jedynie zleca im wyjazdy, dlatego nie posiadamy informacji o dalszych losach pacjentów – wyjaśnia i odsyła po odpowiedzi do SP ZOZ-u w Wolsztynie. Czekamy na odpowiedzi dyrekcji wolsztyńskiej lecznicy. 

– Nie można ukrywać przed pacjentami, że sytuacja w służbie zdrowia i pogotowiu jest dramatyczna – mówi Judek. – Robimy to, czego nie powinniśmy. Jeździmy do pacjentów, których powinni leczyć lekarze rodzinni i czekamy aż szpitale odbiorą od nas pacjentów. To zabiera czas na ratowanie ludzi w nagłych stanach zagrożenia życia, do czego zostaliśmy powołani. Karetki z pacjentami covidowymi jeżdżą od szpitala do szpitala, a w tym czasie ktoś inny nie otrzymuje pomocy. To także są ofiary Covidu. Dyżur zespołu karetki trwa 12 godzin i bywa, że w tym czasie obsługuje on jednego pacjenta z Covid 19. Po doświadczeniach wiosennych był czas na przygotowanie lepszych rozwiązań, jako praktycy zgłaszaliśmy ministerstwu konkretne pomysły, ale nikt nas nie słuchał – dodaje.

Kurczy się też liczba łóżek dostępnych dla pacjentów niecovidowych w okolicy. To skutek zmian wprowadzonych decyzją wojewody w szpitalu w Grodzisku Wielkopolskim, gdzie zlikwidowane zostały wszystkie oddziały poza ginekologiczno – położniczym i SOR-em. Szpital w Nowym Tomyślu już wstrzymał planowe przyjęcia na internę, gdzie trafia spory odsetek nagłych przypadków w SOR-u i gdzie mogą być przywożeni pacjenci, którzy przedtem trafiali na oddział w Grodzisku.

– Teraz na zmiany jest już za późno. Pozostaje mieć nadzieję, że liczba zakażeń osiągnie apogeum i krzywa zacznie się samoistnie wypłaszczać – podkreśla Robert Judek. – Nie wiem skąd rządzący biorą dane o wolnych łóżkach, bo ratownicy z całej Polski publikują w sieci zdjęcia karetek z pacjentami w kolejkach do przyjęcia do szpitali – dodaje, ale rzecznik prasowy wojewody wielkopolskiego zaprzecza, jakoby system koordynacji zawodził, a karetki jeździły od szpitala do szpitala. – Owszem, kolejki się zdarzają – twierdzi Tomasz Stube. – Podstawowym zadaniem pogotowia jest zabezpieczyć pacjenta do chwili przyjęcia do szpitala. Tak długo, jak trzeba, a że sytuacja jest wyjątkowa i trudna, to wiemy – dodaje. Nie zaprzecza, że gdy karetki stoją w kolejkach, to wcześniej czy później ktoś nie doczeka pomocy. 

EI

Podziel się informacją ...
  • 10.6K
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    10.6K
    Udostępnienia

Zobacz inne

Więcej w News