NewsWOLSZTYN

Były na granicy. “W tych lasach koczują dzieci. Robimy co się da, żeby pomóc…”3 min na czytanie

News - Były na granicy. “W tych lasach koczują dzieci. Robimy co się da, żeby pomóc…” - myregion

– Najgorsze jest to, że niewiele możemy pomóc. Jedynie ofiarować koc, ciepłą kurtkę albo trochę jedzenia i opatrunki – mówi Karolina Henschke (35 l.), organizatorka zbiórki dla uchodźców, którzy utknęli na granicy polsko – białoruskiej.Zebrane dary w piątek (5.11.) odebrali pracownicy Polskiego Czerwonego Krzyża. Trafią do magazynów w Białymstoku i Lublinie. Co motywuje organizatorkę do przeprowadzania takich akcji? 

– Nie mogę patrzeć jak ludziom dzieje się krzywda. Od lipca PCK nie może się doczekać zgody od rządu na wjechanie do zamkniętej strefy przy granicy i przekazanie pomocy. Wjechać mogą nawet kurierzy z paczkami, tylko nie ci, którzy niosą pomoc – mówi pani Karolina. Wyjaśnia, że magazyny PCK są już przepełnione. – Przychodzą tam ludzie, którzy proszą np. o dziesięć kurtek i idą z nimi do lasu. Jest pewien pan, który codziennie bierze 60 kg jedzenia i opatrunków, a potem wyrusza w las, bo wie, że spotka tam kogoś potrzebującego. Ostatnio spotkał dziesięciu mężczyzn i wszystko rozeszło się natychmiast – mówi pani Karolina. Razem z Norą Markiewicz postanowiły założyć komitet społeczny i ogłosić zbiórkę publiczną. Potrzeba do tego trzech osób, pomógł jeszcze mąż pani Karoliny. 

Pani Nora, mieszkanka Reklinka (gm. Siedlec) też włączyła się do pomocy. Sama jest matką dwójki dzieci i nie mogła spać w nocy na myśl o maluchach pozostawiony w lesie. – Znalazłam w internecie informację o proteście. Postanowiłam pojechać – opowiada. Z Wolsztyna do Wrocławia wyjechały z koleżanką o pierwszej w nocy pod koniec października. We Wrocławiu wsiadły do autobusu. W piętrowym autokarze na dole były dary dla uchodźców, a na górze pasażerowie. Kolejne osoby dosiadły się w Warszawie i odtąd wszystkie miejsca były zajęte. Pod remizą w Michałowie wysiedli około południa. Pomogli rozładować dary. Protestowali pod siedzibą straży granicznej. – Przyjechało kilkaset ludzi, niektórzy autokarami, inni własnymi samochodami. Pojawiły się też dwie byłe pierwsze damy. Danuta Wałęsa ze względu na swój wiek nie mogła przyjechać, ale poparła protest. Aktualna pierwsza dama nie zareagowała – mówi pani Nora.

Mieszkanka Reklinka podkreśla, że stała pod płotem z transparentem. – Wiedziałam, że strażnicy mnie widzą. Z jednej strony miałam napis: „Dość tortur na granicy”, a z drugiej „Wpuśćcie dzieci” – mówi pani Nora i podkreśla, że strażnicy nie reagowali i nie odpowiadali na skandowane przez tłum słowa. – Pojawiały się okrzyki: zdejmij mundur, ogrzej dziecko. Czułam się bezsilna i zła. To był zimny dzień, chwilami padał deszcz. Miałam dwie kurtki i ciepłe buty, a mimo to byłam zziębnięta. Wiedziałam, że za chwilę wsiądę do autokaru, gdzie mam termos z ciepłą herbatą i pojadędo domu. A w lesie zostali ludzie… – mówi pani Nora. Wspomina, że gdy zobaczyła kobietę z kartonem darów z napisem „dla pięciolatka” z oczu popłynęły łzy. – Moje dziecko ma tyle lat… – mówi pani Nora.

JP

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w News