EXTRANews

Były działacz PZPR, były wójt, a ciągle kucharz. Kim jest nowy szef Uniwersytetu Trzeciego Wieku?11 min na czytanie

EXTRA - Były działacz PZPR, były wójt, a ciągle kucharz. Kim jest nowy szef Uniwersytetu Trzeciego Wieku? - myregion

Historię się tworzy samemu, a każdy się potem wybiela. Ja wyznaję taką zasadę, zawsze mówię to, co chcę powiedzieć i potem tego nie koryguje i się nie wykręcam, ale nie lubię zdjęć, bo jestem niefotogeniczny. Kiedy startowałem w wyborach i kazali mi zrobić zdjęcia do kampanii to poszedłem, zrobiłem jedno i wysłałem – mówi Adam Cukier (70 l.) w rozmowie z Elwirą Iżycką. 

Przecież dzisiaj dobre zdjęcie to połowa sukcesu!

No i właśnie przez to, że decyduje zdjęcie to jest, jak jest. O tym, że się zostanie wybranym decydują inne względy aniżeli te merytoryczne. Od konstrukcji list począwszy… W demokratycznym państwie są niedemokratyczne partie. Lider – w zależności, jaką ma pozycję, decyduje o tym, kto ma być na pierwszym, drugim, trzecim miejscu…

Pijemy do PiS-u?

No też pijemy do PiS-u. Dlaczego nie. Też jest jeden, który ustawia wszystko, jak chce. Jak jestem teraz radnym sejmiku wojewódzkiego i jeżdżę do Poznania pociągiem, bo mi zabrali prawo jazdy, to mam czas, żeby rozmawiać z ludźmi. Samochodem, to się wsiada i wysiada, a na pociąg trzeba poczekać, posiedzieć…

Zabrali?

Za prędkość, ale to przez policjantów w nieoznakowanym samochodzie. Jechali za mną i myślałem, że mnie gonią. Nie wiedziałem kto to jest, to uciekałem… 135 w terenie zabudowanym, a do tego jeszcze wyprzedziłem ciągnik na przejściu dla pieszych. 20 punktów na raz. Zabrali mi prawo jazdy na trzy miesiące. Chciałem się zapisać na kurs, po którym mogłem siedem wykasować, ale nie zdążyłem, bo miałem stłuczkę. Sześć punktów i zabrali mi prawo jazdy na dobre i muszę od nowa zdawać. Teorię zdałem od razu, ale praktyczny dwa razy już oblałem. Przymierzam się do trzeciego, ale córki mówią, żebym sobie dał spokój, że jak trzeba będzie, to będą mnie wozić. I wożą. Żona też.

Jest pan rodowitym wolsztynianinem?

Tak. Urodziłem się w 1950 r., 24 grudnia, pięć minut przed północą. Mieszkałem na Kościelnej. Chodziłem tu do liceum, z resztą do jednej klasy ze starszym bratem marszałka województwa, Marka Woźniaka. Marszałek był wtedy takim małym bajtlem i nie bardzo na niego zwracaliśmy uwagę, a teraz proszę… Rostarzewo, skąd pochodzili, było wtedy w powiecie wolsztyńskim. Teraz mieszkam w Starej Tuchorzy. Dostałem tę chałupę po babci… Chałupa ma dobrze stówę. 

Styropian też pan na tej chałupie położył?

Nie, ale to są stare mury i koszty ogrzewania są ogromne. Niektóre okna są nieszczelne, chociaż niektóre – pani powie, że zgroza, ale wymieniłem na plastiki…

Adam urodzony 24 grudnia… Przechlapane! Urodziny, imieniny i gwiazdka jednego dnia!

Nie jest tak źle. Zawsze dostaję bardzo dobre prezenty (śmiech). U nas w rodzinie tak jakoś jest, że „przynosimy” na świat imiona. Siostra np. urodziła się na Mieczysławy i tak ma na imię… 

Przynajmniej rodzice mieli argument, żeby bez przeszkód świętować Boże Narodzenie i władzy się nie narażać…

No. Moja mama, która właśnie niedawno skończyła 90 lat mówi, że kiedy się urodziłem wszyscy w szpitalu się cieszyli, że Jezusek się narodził (śmiech), a ja, jak każdy porządny chłopak później nie raz mamę zawiodłem. Musiałem trochę pochuliganić, czasem komuś mato sprawiłem… Wie pani, jak to chłopak. Wszyscy się bili (śmiech).

Czym mama zajmowała się zawodowo?

W domu było czworo dzieci, więc dopiero jak nas wychowała, to poszła do pracy. Pracowała w sklepie na Kocha. Ojciec też pracował w sklepie z odzieżą dla dzieci i jeszcze do dzisiaj ludzie mówią, że idą „do Cukra”. Teraz tam jest rzeźnik. Ale jakie ja mam koneksje rodzinne! Mój dziadek po mieczu był przedwojennym kapitalistą. Miał w Starej Tuchorzy największy tartak w powiecie wolsztyńskim, a dziadek po kądzieli był podoficerem Polskiej Armii. Piłsudczyk jak jasna choinka, powstaniec wielkopolski… Ten drugi dziadek też był powstańcem…A ja tu kurczę do PZPR-u… (śmiech)

A’props – Jezusek, a potem PZPR. Kiedy się pan zapisał do partii?

W 1975 r. Miałem 25 lat i zacząłem właśnie pracę w Prefbecie. Wierz mi pani, że jak ja słyszę, że musieli… Ja wstąpiłem z własnej, nieprzymuszonej woli. Czułem, że tak trzeba i cały czas byłem szarym członkiem, ale kiedyś dowiedziałem się od dyrektora, że chcieli mnie wykluczyć, bo byłem bardzo krytyczny, ale mnie nie wyrzucili.

Jak rodzice przyjęli tę decyzję?

Przypuszczam, że oni nawet nie wiedzieli. Takie rzeczy ich nie interesowały i w domu o tym nie rozmawialiśmy. Mama miała szkołę podstawową, a tato przed wojną zdążył skończyć jedną klasę technikum rachunkowości. Po wojnie pracował w urzędzie podatkowym, bo miał bardzo wysokie kwalifikacje (śmiech). Uczył się rewelacyjnie, ale później już tego technikum nie skończył i został sklepikarzem. A mama skończyła szkołę podstawową dopiero z nami i myśmy ją uczyli. Do dzisiaj mówi, że dzięki mojej pomocy zaliczyła matematykę.

Co takiego pan krytykował jako członek partii?

Różne rzeczy. Powodowo produkowało bloki z betonu komórkowego. Rozchodziły jak ciepłe bułeczki, ale że to były materiały budowlane, to musiały być planowo deficytowe. Taka ekonomia… Komunikację publiczną trzeba dofinansować, bo ona się nigdy sama nie utrzyma, ale po co z ministerstwa dostawaliśmy dopłatę do bloczków? Ci, którzy dostawali przydziały, sprzedawali je na boku za cenę, jaką „dyktował rynek” i tę nadwyżkę zamiast państwo, brali ludzie. Chore! Albo przydziały na samochody. Każdy na kierowniczym stanowisku co dwa, trzy lata dostawał przydział i zaraz ten samochód, którym jeździł, sprzedawał za trzykrotną wartość. Miał na nowy i jeszcze mu zostawało… Takie rzeczy mi się nie podobały, a kiedyś przyjechał na zebranie do zakładu pierwszy sekretarz Marcinkowski i zapalił papierosa… No to wstałem i powiedziałem: „Panie sekretarzu, tu są niepalący. Niech pan przy nas nie pali!”. To była taka obraza, jakbym w niego kamieniem rzucił…

A pan nie pali?

Nie. Kiedyś paliłem i to mocne papierosy, ale po jakiejś imprezie, na której trochę piliśmy i dużo paliliśmy miałem takiego kaca, że postanowiłem rzucić. Miałem 32 lata i nigdy potem już nie zapaliłem.

Do partii wstąpił pan ze względów ideologicznych czy koniunkturalnych?

Ideologicznych. Naprawdę wierzyłem w socjalizm i do dzisiaj wierzę. Socjalizm, mimo wszystko, daje szansę wszystkim ludziom, a te inne systemy nie. Zwłaszcza neoliberalizm daje szansę tylko nielicznym i ewentualnie jakimś wybitnym jednostkom, którym dopisze szczęście… A w socjalizmie jest możliwość szerszego uczestnictwa.

Tak, mówiło się nawet o cudzie chirurgicznym przesunięcia członka z ramienia na czoło…

System hierarchiczny towarzyszy ludzkości cały czas. Byli panowie i poddani, i gdyby ci panowie byli w porządku, to myśli pani, że poddani zaczęliby się oburzać i występować przeciwko nim? Dlaczego wystąpili? Bo ci panowie, jak to do dzisiaj jest, byli egoistami…

I tak powstała nowa klasa panów. Wcale nie lepsza, bo niezależnie od systemu, władza demoralizuje każdego, kto dorwie się do koryta.

No tak. Dlatego w zakonach obowiązuje trzyletnia kadencja i rzadko kiedy ktoś zostaje na drugą, bo ten wybrany z natury władzy grzeszy. Kiedyś tłumaczył mi to były szef Oblatów w Obrze. Dlatego jestem zwolennikiem kadencyjności. Zobacz pani, zaczęli od prezydenta – dwie pięcioletnie kadencje. Teraz szefowie gmin, ale już takim posłem można być do śmierci! Niedobrze. Zwłaszcza, że teraz gołym okiem widać, że może jeden poseł rządzić… Kiedyś czytałem takie opracowanie o dyrektorach kopalń na Śląsku. Z awansu robili z robotników dyrektorów i ci, którzy wychodzili z najniższych warstw byli najgorsi… 

Skoro tak, to po co wszedł pan do polityki?

Do przedsionka polityki wprowadził mnie Piosik, któremu organizowałem pierwszą kampanię parlamentarną, a który po wyborach mnie, jako jednego z trojga ówczesnych pracowników z wyższym wykształceniem, jedynego faceta, namaścił na wójta. Mogę powiedzieć, że zostałem wójtem z przypadku, bo wcześniej byłem szefem zakładu komunalnego w Siedlcu, tego, w którym teraz są takie jaja. Po roku były pierwsze bezpośrednie wybory. Wygrywałem trzy razy z rzędu. Pierwsze 65 do 35 procent, a ostatnie 53 do 48. Potem już nie startowałem, ale nigdy po żadnych wyborach nie spotkałem nikogo, kto by mi powiedział, że na mnie nie głosował (śmiech). A przecież gdzieś tam byli i trzeba mieć tego świadomość. Tym, którzy wygrywają często odwala i szybko zapominają, że nie wszyscy na nich głosowali, i że jak tylko im się noga powinie, to ich wykopią. Tak. Władza psuje.

Pana też zepsuła? Różnie ludzie mówią o pana rządach, ale podkreślają, że pomocy pan nigdy nikomu nie odmawiał…

No, tak jakoś nie przechodzę obojętnie obok ludzi potrzebujących (śmiech), ale wie pani, ludzie z różnymi potrzebami przychodzili. Czasem, jakby się racjonalnie pomyślało, to trzeba by w pierwszej kolejności inną drogę zrobić, bo więcej ludzi mieszkało, ale jak przyszedł jakiś znajomy i poprosił, coś wypiliśmy, to dałem się przekonać… I prawdę powiedziawszy, sprzeciwów nie było, chociaż wiadomo, że tak nie powinno być. Na usprawiedliwienie miałem zawsze to, że obojętnie co się zrobiło w tej gminie, to i tak na pewno było potrzebne. I wszystko! (śmiech)

No, ale pan Piosik mówił, że gminę w bardzo dobrym stanie zostawił…

Mam jedną zasadę: swoich poprzedników nie krytykuję. Do Piosika mam też duży sentyment, bo on mi podał rękę… Taki przykład z wysoka: dwa czy trzy lata temu spotkali się prezydenci USA: Carter, Busche obydwa, Obama… Obama parzył im kawkę pogadali sobie i wzajemnie się szanowali, a wyobraża sobie pani, że u nas spotkaliby się Kwaśniewski, Wałęsa, Duda i Komorowski? W życiu… A teraz wyobraża sobie pani, że Lis zaprosi do siebie Rogozinskiego na kawę? A przecież drugiej takiej osoby, z takim doświadczeniem w samorządzie u nas w powiecie nie ma… 

Co znaczy, że pan Piosik podał panu rękę?

W 1991 z kolegą założyłem firmę i handlowaliśmy materiałami budowlanymi. Kupowaliśmy w Prefbecie i sprzedawaliśmy do Niemiec… Ludzie mieli do nas pretensje, że na tym zarabiamy, przygadywali nam, komentowali i donosili do kierownika zakładu… Weissa. On się śmiał i mówił, że przecież teraz każdy może, a zakład też na tym zarabia. Dobrze nam szło, była duża przebitka cenowa, ale stało się to, co w wielu innych firmach. Trafiliśmy na Niemca, który nas przekręcił.

I popłynęliście?

No oczywiście. Przewiózł nas na. 10 miliardów starych złotych czyli milion nowych! On nie zapłacił nam, ale my za towar musieliśmy zapłacić. Do dzisiaj mamy wyrok sądu z klauzulą natychmiastowej wykonalności… Na temat sędziów też mam zresztą swoje zdanie, bo dopiero, gdy wzięliśmy sobie pełnomocnika, profesora prawa z Uniwersytetu Adama Mickiewicza załatwił, że w polskim sądzie wygraliśmy… No ale facet spie… Uciekł gdzieś na teren byłego RFN-u, umarł i tyle. 

A spadkobiercy?

Facet zmarł goły, bez żadnego majątku, a my – na dno! Muszę pani powiedzieć, że przeżyłem to strasznie. To, żeśmy się wtedy nie rozeszli z żoną, to jakiś cud. Przecież mieliśmy mieszkanie, dwa samochody osobowe, samochody ciężarowe, siedzibę koło Kopanicy… Wszystko musieliśmy sprzedać, żeby spłacić długi. Wyszedłem poniżej zera i jeszcze długo musiałem spłacać. Jeszcze kredyt mieliśmy w Banku Spółdzielczym w Siedlcu, gdzie do dziś jest dyrektorem pani Rybarczykowa i jak wspominamy stare czasy, to mówi: „Adam, żeś ty to spłacił, to ja cię podziwiam.”, ale spłaciliśmy wszystko… 

Jest pan kucharzem. Jaka jest pana specjalność? Takie specialite de la maison?

Ryby, szczególnie karp, a z zup – czernina. Córka, jak była mała, to się zajadała. Dopóki nie skojarzyła co to jest…Teraz nie je.

A’propos rodziny, to teraz wiem sąd w panu taka wrażliwość. Po prostu całe życie z kobietami…Wścieka się pan czasem?

No pewnie! (śmiech)

A widział to ktoś?

Poza rodziną? Chyba nie.

Dziękuję za rozmowę. 

Podziel się informacją ...
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Zobacz inne

Więcej w EXTRA