EXTRANews

Wywołują refleksję, ostrzegają. Za każdym z nich kryje się historia, zawsze równie tragiczna7 min na czytanie

0

Na terenie powiatu wolsztyńskiego i powiatów ościennych jest ich kilkadziesiąt. Stoją na poboczach, a przy większości z nich co jakiś czas płoną znicze. Ktoś pamięta. Przychodzi lub przyjeżdża, by dbać o pamięć tych, którzy zginęli. Dla nich, dla siebie, ku przestrodze…

Marcin miał 39 lat i był zapalonym motocyklistą. Dojrzałym, rozsądnym ojcem rodziny. Zginął pod Borują wiosną ubiegłego roku. Na postawionym w miejscu tragedii krzyżu jest wypisane jego imię. Wiele lat temu, Jacek miał 21 lat. Jak mówi jego kolega, wyjechał motocyklem, by sprawdzić go po naprawie. Gdy jadące przed nim auto ostro zahamowało przed przejazdem kolejowym przed Rostarzewem, on nie zdążył. Lekarze bezskutecznie walczyli o jego życie. Zmarł w szpitalu, ale matka postawiła pamiątkowy krzyż w miejscu, gdzie doszło do wypadku. Dwa świeżo odmalowane krzyże od ok. 20 lat stoją na skraju drogi w Wieleniu. Bezimienne, ale ktoś pamięta o ofiarach. Zginął tu młody motocyklista z Brenna z kolegą. 

– Krzyże stawiane ofiarom wypadków to temat wymykający się przepisom – mówi kom. Kamil Sikorski z Komendy Powiatowej Policji w Grodzisku Wielkopolskim. – Jest to jednak głęboko zakorzeniona tradycja. Bez względu na przyczynę wypadku, bliscy ofiar czują potrzebę uczczenia w taki sposób ich pamięci i wyrażenia swojego żalu po ich stracie i pewnie nie zastanawiają się nad tym czy mogą postawić ten krzyż, czy nie. O winie rozstrzygają sądy, ale cierpienie bliskich jest niepodważalne. W przepisach, na których opiera się policja, sprawa ta nigdy nie została uregulowana – podkreśla i podobnie jak naczelnik wydziału ruchu drogowego wolsztyńskiej komendy policji, asp. sztab. Piotr Horowski, zwraca uwagę na to, jak krzyże oddziałują na wyobraźnię kierowców. – Kiedyś przy drogach krajowych GDKiA stawiała znaki, tzw. „czarne punkty”, na których odnotowywana była liczba ofiar wypadków, do których doszło w tych konkretnych miejscach. Potem od tego odstąpiono, ale z pewnością przyciągały one uwagę kierowców, wywoływały refleksję i ostrzegały – mówi Horowski. Krzyże działają podobnie, mają jednak znacznie bardziej osobisty wymiar. – Wiem jednak, że zarządcom dróg się to nie podoba i przy remontach usuwają je z pasa drogowego – dodaje. 

Przed dwoma laty na drogach powiatu wolsztyńskiego zginęły cztery osoby, a 49 zostało rannych. W powiecie grodziskim śmierć poniosło siedem osób, a rannych zostało 25. W tym roku w obu rannych dostało do września po 31 osób, ale nie zginął nikt. Pracownicy firmy zajmującej się konserwacją poboczy na trasie Poznań – Zielona Góra, na której w dochodzi do największej liczby tragicznych wypadków przyznają, że tylko w rejonie powiatu wolsztyńskiego i powiatów ościennych rodziny tragicznie zmarłych ustawiły kilkadziesiąt krzyży, a rocznie przybywa od dwóch do czterech kolejnych. – Te, które stoją od lat, stały się elementem krajobrazu i kierowcy nie zwracają na nie uwagi. Ale dla bliskich z pewnością są bardzo ważne, bo zdecydowana większość jest zadbana, i często palą się przy nich znicze. Takich, które byłyby uszkodzone i zaniedbane, nie ma. W oczy rzucają się za to nowe krzyże – mówi Grzegorz. – Większość z nich nie ma żadnej tabliczki. Krzyż i znicze, i tylko rodzina i przyjaciele wiedzą dla kogo tam stoją – przyznaje, że cztery z tych na trasie od Rakoniewic do Powodowa upamiętniają śmierć osób, które znał. To m. in. krzyż Jacka, który zginął pod Rostarzewem. – Za Powodowem stoi krzyż, który rodzina postawiła koledze, z którym pracowałem. Wracał do domu po nocnej zmianie. Może zasnął za kierownicą? Uderzył w tira – wspomina też wypadek na ostrym łuku drogi za Rostarzewem, w wyniku którego zmarł inny jego znajomy. – Żona też chciała postawić krzyż, ale potem uznała, że przecież naprawdę zmarł dopiero w szpitalu… I jego krzyża tam nie ma – dodaje.

Przy krajówce z Wolsztyna na Zieloną Górę stoi wiele krzyży. W jednym z najniebezpieczniejszych miejsc, na skrzyżowaniu DW32 z drogą na Siedlec nawet dwa, w odległości zaledwie kilu metrów od siebie. Z miejsca usytuowanego poniżej jezdni są mało widoczne, ale okolicznym mieszkańcom wciąż przypominają, że chwila nieuwago tutaj może kosztować życie. To tu pod kołami autobusu zginął w ubiegłym roku pan Marek, wieloletni pracownik i dyspozytor wolsztyńskiej Parowozowni. Jak wspominali wówczas jego przyjaciele, tego ranka zszedł z nocnej zmiany. – To był niezwykle odpowiedzialny człowiek. Nigdy nie działał pochopnie, nie lubił się spieszyć – mówili. 

W Polce z reguły i jawnie nikt nie podniesie ręki na krzyż, ale Malwina Korzeniewska z Wielkopolskiego Zarządu Dróg Wojewódzkich potwierdza, że na ich ustawianie jest paragraf. – Artykuł ustawy o drogach publicznych zabrania samowolnego umieszczania czegokolwiek w pasie drogowym bez decyzji administracyjnej zarządcy drogi, nawet jeśli dotyczy to malej architektury sakralnej – podkreśla, dlatego zdarza się, że podczas generalnych remontów dróg są one usuwane. Jak pokazuje jednak przykład przebudowy drogi 305, nie zawsze. Drogowcy nie tknęli krzyży mieszkańców Brenna w Wieleniu, ani tego, który stoi przy wjeździe do wsi od strony Wijewa. – Widać uznali, że są dla kogoś ważne i należy je tam pozostawić – mówi Korzeniewska. Można więc przypuszczać, że przebudowę drogi przetrwa także krzyż Ola, 20-latka z Wroniaw, który zginął na drodze do Solca. Jako jeden z nielicznych w okolicy opatrzony jest imieniem. Jak wspomina Piotr Horowski, przed ok. dekadą zginął tam młody rowerzysta, który opiekował się niepełnosprawną matką i bratem, a jego śmierć była ogromną tragedią dla rodziny.

Przy okazji remontu drogowcy wyjątkowo obeszli się również z krzyżem ustawionym przez rodziców 13-latki, która w lipcu 2018 r. zginęła na drodze między Lginiem a Radomyślem. Dziewczynka wracała wieczorem z rok starszą kuzynką z Lginia. Jechały rowerami w stronę Radomyśla. Kierowcy, którzy mijali je wówczas na drodze byli pewni, że rowery były oświetlone i dzieci były widoczne. Ale kierowcę land rovera, wówczas 37-letniego mieszkańca Wolsztyna, miały – według jednej z wersji, oślepić światła jadącego z naprzeciwka tira i potrącił obie dziewczynki. Wiktoria zginęła na miejscu. Po trwającym półtora roku śledztwie, w marcu ubiegłego mężczyzna został oskarżony o spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym przy nieumyślnym naruszeniu zasad bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Jego proces ruszył w połowie września ubiegłego roku. 39-latkowi grozi do 8 lat pozbawienia wolności. Od tej tragedii, przez dwa i pół roku przy drodze, na której zginęła Wiktoria, codziennie palą się znicze. Mimo poszerzenia w tym miejscu drogi i przekopania nowych rowów odprowadzających deszczówkę z jezdni, drogowcy uszanowali miejsce tragedii i pozostawili wychodzącą w rów skarpę ziemi z krzyżem Wiktorii, choć nawet w rodzinnej wsi dziewczynki są ludzie, którzy uważają, że miejscem pamięci zmarłych są cmentarze.

EI

Podziel się informacją ...

Zobacz inne

Więcej w EXTRA