EXTRANews

39. rocznica ogłoszenia stanu wojennego. Jak ten dzień pamiętają mieszkańcy?5 min na czytanie

EXTRA - 39. rocznica ogłoszenia stanu wojennego. Jak ten dzień pamiętają mieszkańcy? - myregion

– Włączyłem telewizor na Teleranek, bo zaraz potem leciały ciekawe filmy. Nie wiem, czy akurat wtedy nie puszczali „Czterech pancernych” – wspomina Janusz Mrozkowiak, ale zamiast programu dla dzieci telewizja nadawała wystąpienie generała Jaruzelskiego. – Jako 15-latek zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, czym jest stan wojenny. Cieszyłem się, że nie pójdę do szkoły, bo została zamknięta i wróciliśmy do niej dopiero po Nowym Roku – dodaje. – Wieczorem po osiedlu jeździły opancerzone wozy bojowe. Wtedy naprawdę byliśmy z rodzicami przestraszeni, a dwa dni później dostałem list od brata, który był w szkole oficerskiej w Poznaniu. W taki zawoalowany sposób pisał do mnie: „Janusz, uważaj, bo to jest wojna”. Nie pamiętam, jakich dokładnie użył słów, ale ja go zrozumiałem, a Cenzura nie. Wtedy dało mi to do myślenia – opowiada.

– Ale uczeń po dwóch dniach zaczyna się nudzić. My też się nudziliśmy i przychodziły nam do głowy różne pomysły – przyznaje. – Mój kolega, Paweł, mieszkał na ul. Świerczewskiego, koło Szkoły Podstawowej nr 3, za którą wtedy były pola, którymi można się było niepostrzeżenie przemknąć. Niedaleko bloku stał koksownik, a przy nim, na tym siarczystym mrozie, tacy biedni żołnierze. Wzięliśmy gumki, skoble i wyszliśmy po cichu na balkon. Przycupnęliśmy i staraliśmy się strzelić w stronę żołnierzy, tak żeby trafić w ten „garnek” na głowie. Trafienie potwierdzał specyficzny dźwięk. Wygrywał ten, kto trafił. Kolega trafił, ja nie – śmieje się.

– Rodzice bali się o brata, który długo się nie odzywał. Dopiero po kilku latach opowiadał, że wsadzili ich wtedy w samolot, który krążył nad Gdańskiem. Martwiliśmy się też, jak długo to wszystko potrwa, bo to była moja ósma klasa, a jako pierwszy rocznik miałem zdawać egzamin wstępny do liceum – opowiada Janusz Mrozkowiak. – Spokojny byłem tylko o matematykę, której uczył mnie bardzo dobry nauczyciel – pan Ryszard Kurp. A moim wychowawcą był pan Kazimierz Łojek. Bał się mówić wprost, ale tak jak mój brat w tym liście, ostrzegał nas, że nie jest dobrze i musimy się trzymać. I to my, jako pokolenie, musimy odnowić ten naród, zweryfikować to, co dzieje się w naszym państwie i to wyprostować – dodaje.

EXTRA - 39. rocznica ogłoszenia stanu wojennego. Jak ten dzień pamiętają mieszkańcy? - myregion
Przejazd kolumny czołgów ulicą Senatorską w Zbąszyniu

– Potem, w szkole średniej, byliśmy odcięci od polityki. Nie było internetu i wolnych mediów. Te publiczne głosiły treści dozwolone, często propagandowe. W domu mieliśmy stare radio i słuchaliśmy na nim Radia Wolna Europa. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się z Gustawem Herlingiem–Grudzińskim i „Innym światem”. Zdobyłem kopię zakazanej u nas książki, odbitą na powielaczu. Byłem nią zafascynowany. Słuchałem też „Trójki”, ale tam nic nie mówili, a ojciec kupował „Trybunę Ludu”, a potem wyrzucał ją wkurzony do kosza na śmieci. W liceum dostałem też pierwszą jeansową kurtkę i przypiąłem do niej opornik.

Adam Cukier miał niespełna 31 lat. – Pracowałem w Prefbecie Powodowo. Firma miała cztery zakłady i z każdej strony docierały różne informacje. Na zebraniach związkowych działy się cuda! Była też ”Solidarność”. Z jej szefem żyłem w dobrej komitywie, bo zawsze wszystko zależy od ludzi. Nie przeczę, że i po stronie rządowej, jak to mówią „reżimowej”, głupków było od groma i jeszcze trochę, ale w „Solidarności” też było głupków na pęczki, tylko nie chcieli tego zauważyć – opowiada. Na terenie zakładu nie było represji. – Wolsztyn zaliczał się do tych miejscowości, w których mimo dość mocnych struktur „Solidarności” nikogo nigdy nie „posadzili”. Był mądry sekretarz, Zyga Marcinkowski, stosunkowo mądry komendant milicji Jasiu Kusiak… Z przecieków wiem, że on chciał kogoś posadzić, ale sekretarz mu nie pozwolił – śmieje się. – Byli też tacy działacze partyjni, którzy chcieli tych z „Solidarności” od razu wyrzucić na bruk, bo byli autentycznie niegrzeczni, ale wtedy dyrektor Stefan Matuszkiewicz powiedział; „Nie, po moim trupie. Ja rozliczam za pracę!” i za działalność opozycyjną nie zwolnił nikogo – wspomina. 

– W tę niedzielę jechałem na imieniny do ciotki Leokadii. Godziny policyjnej jeszcze nie było. Zanim wszystko zadziałało, minęło kilka dni – wspomina Adam Cukier. – Po wszystkim bohaterów było wielu, bo taka jest ludzka natura, ale ja powiem szczerze, że po wprowadzeniu stanu wojennego odczułem ulgę. Bo nastroje społeczne były napięte i ludzie skakali sobie do oczu. Wygadywali sobie różne rzeczy i mogło dojść do jakiejś tragedii. A wtedy zapanował spokój – dodaje. W jego ocenie stan wojenny w Wolsztynie minął bardzo spokojnie. – Na samym początku stanu wojennego byłem też na chrzcinach u szwagra – wspomina. – Impreza była przednia i w nocy zabrakło gorzałki, to poszliśmy… No i zatrzymała nas jakaś suka milicyjna. I podwieźli nas tam, gdzie alkohol sprzedawali, no bo jak? Chrzciny i zabrakło! – śmieje się. – Tu byli ludzie, którzy się znali i chcieli ze sobą rozmawiać. Jeśli teraz nagle ktoś chce z siebie zrobić bohatera, to kłamie. Ale myślę, że akurat tutaj nikt się wielce nie mądruje. Z działaczem opozycyjnym, panem Mielewczykiem byłem potem w radzie powiatu i od razu się skumplowaliśmy, a pani Gertruda Jazdon mówiła na mnie „komunista”, ale zawsze żyliśmy w zgodzie – podkreśla Adam Cukier.

Wysłuchała: Elwira Iżycka

fot. Archiwum IPN, ilustracyjne, By J. Żołnierkiewicz – http://www.solidarnosc.gov.pl/index.php?document=48, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3071254 

Podziel się informacją ...
  • 5
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    5
    Udostępnienia

Zobacz inne

Więcej w EXTRA